Rozdział
20
Zakorzenić
się w tobie
Justice
Stojąc
w chłodzie na zewnątrz przy jego SUV’ie, wręczyłam podkładkę z dokumentami,
które właśnie podpisałam, brygadziście Maxa, facetowi o nazwisku Deacon Gates.
Bywał
w pobliżu od czasu do czasu, pomagając czasami tydzień po tym, jak zostałam
zaatakowana. Ale głównie, kiedy chłopcy przyszli, pozwolił Deke’owi zająć się
nimi, pokazując się tylko wtedy, gdy przychodzili inspektorzy, żeby się
podpisać.
Ale
teraz Deacon właśnie zakończył ostateczną inspekcję, inspekcję, przez którą go
śledziłam i właśnie się podpisałam.
To
dlatego, że mój dom był już gotowy.
Gotowy.
„Racja”
- dobiegł mnie szorstki głos Deacon’a i skupiłam się na nim w blasku, jaki
zapewniały zewnętrzne światła przy drzwiach mojego domu.
Na
pewno należał do wspaniałej odmiany człowieka górskiego.
Ale
był inny.
Gdy
spotkałam go po raz pierwszy, moja dusza poety zaczęła jęczeć. Nie tak jak w
przypadku Deke’a. To było coś, czego nigdy nie doświadczyłam.
Wyczułam,
że Chace został złamany. Kiedy spotkałam Faye, wiedziałam, że to ona trzyma go w
kupie. Co więcej, wydawało się, że Chace dałby z siebie wszystko, by trzymać
się… dla Faye.
Ten
człowiek, Deacon Gates, nie został złamany.
Został
zniszczony.
Widziałam
to w głębi jego oczu. Była tam martwota, która była mrożąca krew w żyłach,
łamiąca serce, a nawet przerażająca.
To
by mnie zmartwiło, nawet tak mocno, że mogło wpędzić mnie w obsesję, zmuszając
mnie do napisania tuzina piosenek, o których nigdy by nie wiedział, że są dla
niego, nawet gdybym je napisała, by go uzdrowić.
Tyle,
że przyłapałam go na rozmowie.
Był
odsunięty ode mnie, więc nie mogłam słyszeć, co mówi, i nie wiedziałam, z kim
rozmawia, ale ktokolwiek to był, dokonywał cudów. Kiedy rozmawiał przez
telefon, cała jego postawa uległa zmianie. Przekształcił się na moich oczach z zdystansowanego,
małomównego mężczyzny, który był dobrze wychowany i pełen szacunku, ale nie
prosił o życzliwość, w przeciętnego, codziennego gorącego faceta, którego bez
wahania można by zaprosić na obejrzenie meczu.
Fascynował
mnie, kiedy kilka razy był w pobliżu, bo poetka we mnie to widziała. Wszyscy
traktowali go tak, jakby był tym gorącym facetem na co dzień, może nie do końca
ze skłonnościami Bubby, ale zdecydowanie jak Deke. Dobry chłopak. Taki, którego
chciałabyś za przyjaciela. Taki, który był otwarty na bycie właśnie takim.
To
ja zajrzałam w jego duszę i podejrzewałam, że to poczuł.
Aby
uchronić się ode mnie, żebym nie dowiedziała się czegoś więcej, trzymał się z
daleka, bo był to jeden z niewielu razy, kiedy spędziliśmy razem trochę czasu.
Przeważnie załatwiał sprawy z Deke’iem.
„Max
daje dwunastomiesięczną gwarancję” - ciągnął, wchodząc w moje myśli - „Może się
wydawać, że to bardzo długo, Justice, ale ten czas zleci. Masz dużo domu tylko
dla siebie. Radzę go używać. Nawet te części, w których nie będziesz często.
Podłącz rzeczy do gniazdek. Spłukuj toalety. Uruchom baterie. Zostaw włączone
światła na górze. Rozpal ten kominek. Zrób obchód, jeśli spadnie deszcz, i
upewnij się, że dach jest dobry. Jeśli coś znajdziesz, zadzwoń do mnie”.
Powiedział,
ostatni raz sięgnął za siebie, by wyciągnąć portfel.
Kiedy
go złapał, wyjął wizytówkę i podał mi ją między dwoma długimi palcami.
Wzięłam
go, gdy zauważyłam, że zaczęły spadać płatki śniegu.
Odchyliłam
głowę do tyłu i spojrzałam na nocne niebo.
Było
ich mało, ale były.
Mój
pierwszy śnieg w górach.
„Prawdopodobnie
najlepiej schować te dynie dziś wieczorem” - stwierdził Deacon, a ja spojrzałam
na niego - „Przymrozek w górach o tej porze roku może nadejść wraz z odwilżą. I
powtórzyć się. Te dynie mogą się zepsuć w ciągu kilku dni”.
Odwróciłam
głowę i spojrzałam na róg obfitości jesiennych przysmaków, które zaaranżowałam
przed domem. Prawdziwe dynie.
Ciąg
zapierających dech w piersiach elektronicznych iluminacji. Najwspanialsza dekoracja
na Halloween, jaką kiedykolwiek widziałam, jaką znalazłam w sklepie z
pamiątkami w mieście: wypchana, rechocząca wiedźma na miotle ozdobiona liśćmi i
błyszczącym sznurkiem, którą Deke zamontował na moich drzwiach.
Odwróciłam
się do Deacon’a - „Schowam je”.
Skinął
głową i zapytał - „Masz jakieś pytania?”
Potrząsnęłam
głową.
Spojrzał
ponad głową na mój dom i wymamrotał - „Jakbyś miała, masz o wiele łatwiejszy dostęp
do odpowiedzi niż dzwonienie do mnie”.
Deke
był w moim domu, więc miał absolutną rację.
„Chłopaki
byli wspaniali. Wygląda fenomenalnie. Wielkie dzięki” - powiedziałam mu.
Jego
uwaga wróciła do mnie - „Nasza praca, Justice, ale cieszę się, że podoba ci się
to, jak wyszło”.
Och,
podobało mi się, jaki był efekt.
To
było idealne.
Uśmiechnęłam
się do niego.
„Muszę
wracać do domu, do mojej żony” - stwierdził, a gdy wokół nas spadały śnieżynki i
w przestrzeni oświetlonej moimi zewnętrznymi światłami, z zaskakującą
gwałtownością, zobaczyłam, jak życie błyska jasno w jego oczach w taki sposób,
że poczułam, jak ściska mi serce.
Śmierć
wskrzeszona, właśnie tam, abym była świadkiem.
Więc
to od niej był telefon.
Boże,
ten człowiek istniał. Robił swoje w ciągu dnia, wykonując kolejne ruchy.
Jego
życie zaczynało się od nowa za każdym razem, gdy wracał do domu.
To
tak całkowicie musiało być piosenką.
„A
ty musisz wyjść z tego zimna, bo Deke skopie mi tyłek” - zakończył, z (bardzo)
małym uśmiechem igrającym na jego atrakcyjnych ustach.
Deke
był większy od tego faceta. Mimo to nie byłam pewna, czy mojemu mężczyźnie byłoby
łatwo skopać tyłek Deacon’a Gatesa.
Albo
ktokolwiek, by to zrobił.
„Dobrze,
jeszcze raz dziękuję, Deacon’ie” - powiedziałam.
Skinął
głową w stronę domu - „Do środka, Justice. I nie ma za co”.
Poszedł
się do swojego pickupa.
Ruszyłam
w górę chodnika, pochylając się, by po drodze zebrać kilka dyń.
Zatrzymałam
się przy frontowych drzwiach i odwróciłam, żonglując dyniami, by podnieść rękę,
by pomachać.
Deacon
jechał aleją, jego SUV-a spowijał ciemność. Nie widziałam, czy odmachał.
Ale
wątpiłam, żeby to zrobił.
Był
na misji.
Jechać
do domu, żeby jego życie mogło znowu się zacząć.
Otworzyłam
drzwi, poczułam uderzenie fali ciepła, przykucnęłam i położyłam dynie na
podłodze obok drzwi.
Nie
wróciłam po więcej. Nie widziałam Deke’a, ale gdyby wiedział, że zebrałam wszystkie
dynie bez jego pomocy, nie uszczęśliwiłoby go to.
Gdy
zamknęłam za sobą z zimna drzwi, spojrzałam na wszystko, co było przede mną.
To
oczywiście nie był pierwszy raz, kiedy to widziałam. Obserwowałam, jak to
wszystko powstaje. I tego dnia, gdy kończyły się prace wykończeniowe, faceci
chodzili dookoła, zamiatając i odkurzając (nadal miałam zaplanowane sprzątanie
następnego dnia i zrobienie pełnego sprzątania – kolesie posprzątali, ale byli kolesiami, więc nie byli naprawdę w tym
dobrzy), nie raz, ale kilka razy wędrowałam po okolicy, ogarniając to wszystko.
Chociaż
teraz było pusto i cicho i mogłam to zrobić bez rozpraszania się i wchodzenia
nikomu w drogę. To było wszystko, co sobie wyobrażałam, a nawet więcej. To
więcej pochodziło od długiego miedzianego kaptura nad centralnym kominkiem,
który był ozdobą. Pochodziło również od szerokich, otwartych schodów
ustawionych na podeście po prawej stronie. Stopnie tych schodów były jedyną
rzeczą w domu wyłożoną dywanem – grubą, kremową wełną owiniętą wokół każdego
stopnia. Eleganckie, ale rustykalne balustrady były czystym artyzmem. A
zachęcający, poszerzone dolny stopień w kształcie wiru był czymś, czego nie
mogłam sobie wyobrazić, patrząc na plany. Czymś, co w rzeczywistości było
zaskakująco piękne.
Wszystkie
materiały budowlane zostały zabrane, ale mój garaż wciąż był wypełniony, teraz
meblami i dekoracjami, które przysyłał mój projektant, dostawami, które
otrzymywałam po kilku tygodniach wysyłki online, torbami z rzeczami, które
kupowałam.
Teraz
był wtorek, tydzień i kilka dni po tym, jak poszliśmy z Deke’iem na kolację z
Maxem i Niną.
Jutro
rano ekipa sprzątająca i ja wypakujemy zakupy z toreb i pudeł. Jutro wieczorem
Deke zaaranżował, żeby chłopaki przyszli i wnieśli dostarczone meble.
I
mój dom zacznie się stawać domem.
Jedyną
przeszkodą było to, że Deke miał jutro zacząć wykonać kolejną pracę, nad którą
pracował Max. Nie miałabym go już w moim domu przez cały dzień.
Co
dziwne, nie denerwowaliśmy siebie nawzajem przez to, że cały czas spędzaliśmy
razem. To prawda, że on pracował i ja też robiłam swoje, więc nie byliśmy w
swojej obecności 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, ale spędzaliśmy razem
dużo czasu.
Co
dziwniejsze (ale to było cudowne) było to sposób, w jaki wydawało się, że się
nie zmieni. Nie żeby to, co mieliśmy, było nowe i byliśmy w ferworze tego –
kiedy każda sekunda spędzona z kochankiem była świeża i ekscytująca, więc
chciałeś spędzić z nim każdą sekundę.
Nie,
wydawało się, że moglibyśmy bardziej być nami. Byliśmy nami. Mogliśmy być tą parą, która pracowała razem (gdybyśmy
mieli biznes, w którym oboje moglibyśmy być razem), spędzając prawie każdą
chwilę na jawie i spaniu we wzajemnym towarzystwie, której przychodziło to tak
naturalnie, było łatwe, nigdy się nie starzało.
Już
się przekonałam, że możemy zrobić swoje, ja chodziłam na zakupy z dziewczynami
lub do miasta po jedzenie, lub mani/pedi.
Ale
kiedy wracałam, dochodziło do osiedlania się.
Nie
tak, że nie mogłam się doczekać powrotu, nienawidziłam być z dala od mojego
mężczyzny.
Po
prostu, kiedy byłam z Deke’m, wszystko, co było mną, zamieniało się w fakt, że
wracałam tam, gdzie należałam.
Więc
nie byłam zafascynowana jego nieobecnością przez cały dzień w sposób, w jaki
nie mogłam do niego dotrzeć i zapytać, co sądzi o ręcznikach, które kupowałam
do łazienki dla gości (lub cokolwiek innego).
Ale
to było życie. To był jego rytm i były to miesiące, w których pozostalibyśmy na
miejscu.
Musiałam
się do tego przyzwyczaić.
Nie
musiałam tego lubić, ale musiałam się do tego przyzwyczaić.
Kiedy
myślałam o Deke’u, przyszło mi do głowy, że zniknął.
Było
dużo miejsc w domu, wszystko było teraz łatwo dostępne ze schodami i tak dalej.
Ale
miałam kolację w Multicookerze, przepis na szarpaną wieprzowinę, który przez
cały dzień wypełniał dom pysznymi zapachami. Pachniało tak, że Deke powiedział
mi, że nie mógł się doczekać doświadczania tego.
I
nadszedł czas na doświadczanie.
Więc
gdzie był?
„Deke?”
- zawołałam, przesuwając się dalej w przestrzeń.
„Yo”
- odkrzyknął, brzmiąc, jakby był w sypialni.
Ruszyłam
w tamtą stronę, ale zatrzymałam się, kiedy wyszedł przez drzwi do holu.
Zrobił
to, gdy płatki śniegu szybko roztapiały mu się we włosach i na ramionach. Wraz
z nadejściem chłodu, nawet jeśli pracował w domu, nadal miał na sobie tylko
koszulkę, a teraz miał na sobie watowaną flanelową koszulę.
Wyszedł
także z butelką szampana w dłoni i torbą Deluxe Home Store zwisającą z drugiej.
Przeniósł
się prosto do wyłożonej czarnym marmurem, żyłkowanej na kolory toffi i kremowe
wyspy, która z łatwością mogła pomieścić sześć, a nawet osiem osób.
Chociaż
było tylko sześć owiniętych stołków, które czekały na przyniesienie z garażu.
Zobaczymy,
jak pasują. Może robię więcej zamówień.
Zrzucił
z siebie flanelową koszulę i rzucił ją na wyspę.
Postawił
butelkę i torbę na wyspie i sięgnął do torby.
„Nie
byłem pewien, czy w całym tym gównie, jakie kupiłaś, masz kieliszki do
szampana, ani czy możesz je znaleźć w tym bałaganie w garażu, więc Lexie dała
je Bubbie, a on schował je na zewnątrz”.
Po
wydobyciu ich z białej owijki postawił kieliszki na marmurze, odrzucił torbę na
bok i zaczął odwijać folię, w której widziałam bardzo butelkę dobrego szampana.
Stałam
nieruchomo, obserwując go.
Korek
trzasnął.
Nawet
nie drgnęłam.
Deke
zwrócił się do mnie.
Wpatrywałam
się w jego twarz.
„Jussy?”
- moje imię było pytaniem.
„Pada
śnieg” - szepnęłam.
„Tak”
- odpowiedział cicho, będąc Deke’iem, odczytując mój nastrój i wpadając w to,
żeby mógł być ze mną.
Właśnie
tam ze mną.
„Muszę
włożyć dynie do środka” - podzieliłam się.
„Zrobię
to dla ciebie, kotku, po tym, jak wzniesiemy toast za twój dom”.
Tak,
wniesie. Zrobi to dla mnie. Kupił mi szampana. Jeździłby ze mną w trasę, jak
Mace ze Stellą i Blue Moon Gypsies. Mace i Stella zabierają ze sobą swoje
dzieci, tak jak kiedyś robił to tata ze mną.
Kurwa.
Kurwa,
kurwa, kurwa.
„Cyganko”
- powiedział Deke, zwracając moją uwagę z powrotem na niego.
„Potrzebuję
cię… w drodze” - wypaliłam.
„Powtórz?”
- zapytał.
„Mogłabym
to zrobić” - podzieliłam się, w głębi serca wiedząc, że to prawda.
To
miejsce, w którym mieszkał mój tata, dziadek, Joss, Lacey, Bianca, Mr T, nawet
Mav.
Gdzie
mieszkał Deke.
„Mogłabym
to zrobić” - powiedziałam mu - „Poradziłabym sobie z tym wszystkim, gdybym miała
ciebie”.
Jego
twarz się zmieniła i natychmiast zapamiętałam tę zmianę, jej wspaniałość.
Wspaniałość
uczucia.
„Chodź
tutaj, Justice” - rozkazał szorstko.
Nie
poszłam tam.
Zwróciłam
wzrok za okna i zobaczyłam przez ciemność, że śnieżyca gęstnieje.
Widziałam
to, ale myślałam o tym, że Chace ma Faye. Deacon miał tego, kogo miał w domu.
I
o mnie.
Dryfowałam
tutaj, bez kotwicy bez ojca.
I
znalazłam Deke’a.
Do
diabła, prawie zostałam uduszona na własnym łóżku.
Ale
jakoś to dramatyczne, zmieniające życie wydarzenie ledwo mnie dotknęło.
Ponieważ
znalazłam Deke’a.
A
teraz stałam w swoim świeżo wykończonym domu z mężczyzną, który mieszkał w
przyczepie. Ale był mężczyzną, który wiedział, co znaczy dla mnie ten dom i
myślał o mnie na tyle, by planować z wyprzedzeniem, poprosić przyjaciela o
przyniesienie kieliszków, kupić butelkę szampana i by wznieść toast za początek
nowego rozdziału mojego życia, naszego
życia, robiąc to dla mnie.
Nie
znalazłam swojej oazy. Nie znalazłam domu.
Natknęłam
się na Niebo na Ziemi, gdzie mogły się zdarzać cuda.
Wiedziałam
o tym, bo wyczuwałam to w Chace. W Deacon’ie.
Ale
poczułam to w sobie.
„Justice”
- zagrzmiał Deke.
Gapiłam
się, przenosząc na niego oczy.
Potem
powoli podeszłam do niego.
Kiedy
się zbliżyłam, Deke, tak cholernie Deke,
objął mnie ramieniem w pasie i przyciągnął mocno, przodem do jego boku, z brodatym
podbródkiem wtulonym w szyję, by utrzymać mój wzrok.
W
jego oczach była troska.
„Wszystko
w porządku, mała?” - wyszeptał łagodnie.
„Kupiłam
kieliszki do szampana” - odszepnęłam.
Deke
nic nie powiedział.
„I
kieliszki do czerwonego wina” - kontynuowałam - „Kieliszki do białego wina. Kieliszki
do martini. Kieliszki do Bourbona…”
Deke
mi przerwał - „Łapię twój dryf”.
Skinęłam
głową.
„Porozmawiaj
ze mną” - rozkazał.
Nie
rozmawiałam z nim.
O
nie.
W
takiej chwili nie było słów.
Była
piosenka.
Więc
nie rozmawiałam z nim.
Zaśpiewałam
mu.
Obrócona w pył, kruszę się jak rdza,
Tylko u twego boku
Jego
ramię zacisnęło się i poczułam to, zanim usłyszałam dźwięk, który rozbrzmiał w
jego wnętrznościach, przez klatkę piersiową i między wargami.
Ale
śpiewałam dalej.
Świeże powietrze, zimne piwo. Zakorzeniam
się w tobie,
„Przestań,
Cyganko” - warknął.
Nie
przestałam.
Nie
mogłam.
Wiedział,
że słowa są dla niego.
Ale
nigdy mu ich nie dałam prosto ode mnie.
Rozważam moje życie, wszystko w
porządku, Bez tchu, co przyniesie noc.
Deke
przesunął nas za róg wyspy, z dala od kieliszków i butelki szampana.
A
ja nadal śpiewałam.
Obrócona w pył, kruszę się jak rdza
Tylko u twego boku. Właśnie
tego potrzebuję, kiedy mam wszystko
Zatrzymałam
się, by sapnąć, gdy jego wielkie dłonie objęły moje biodra i byłam w górze,
tyłkiem na blacie, a Deke wepchnął biodra między moje kolana, rozciągając je
tak, że był przyciśnięty do mojego serca.
Potem
wpatrywałam się tylko w jego piwne oczy, kiedy jego usta przywarły do moich.
Ogniwa siatki, znoszone dżinsy.
- nuciłam tam - Mogłabym szukać, dopóki
nie skończę, dopóki Księżyc nie stanie się Słońcem.
Jego
ręka wsunęła się w moje włosy, zgarniając je do tyłu mojej czaszki, drugą ręką
oplótł moje plecy, opuszkami palców wbijając się w boki moich żeber.
Ogniwa siatki, biała koszulka. Obrócona
w pył, kruszę się jak rdza. Wszystko czego potrzebuję to być u twego boku.
Przestałam
śpiewać.
„Skończyłaś?”
- zapytał grubym głosem, mocno mnie trzymał, jego oczy płonęły.
„Dziękuję
za mój dom, Słonko”.
„Skończyłaś”
- mruknął.
Ja
skończyłam.
Ale
my nie, skoro mnie pocałował.
Kiedy
to robił, pchnął mnie tak, że miałam plecy do blatu, jego język w moich ustach
był zmysłowym atakiem, intymnym piętnem, silniejszym niż jego znak na moim
ramieniu, na którego odnowienie często znajdował czas.
Przez
to szarpnął za mój pasek, szarpnął za suwak i pociągnął za moje dżinsy. Gdy
poczułam mokrą powódź między nogami, poczułam również zimny marmur na moim tyłku.
Ale nawet jak było zimno, rozgrzewało mnie to, gdy Deke oddalał się pod kątem.
Podniósł jedną z moich stóp, zdejmując but i skarpetkę. Sięgnął drugi i już ich
nie było. Wściekłym zamachem, którym przyciągnął mój tyłek do krawędzi blatu,
wymuszając podmuch naelektryzowanego oddechu z moich ust, zerwał moje dżinsy.
Patrzyłam,
jak Deke się prostuje, trzymając ręce na własnych dżinsach. Opuścił je na
biodra, uwalniając twardego kutasa.
Potem
mnie zaskoczył.
Nie
pochylił się nade mną, by wziąć moje usta, kiedy brałby moją cipkę.
Sięgnął
do mnie, owijając dłoń wokół mojego gardła.
Zakładając
obrożę ze swojego dotyku, parzył mnie spojrzeniem swoich oczu, złapał tył
jednego z moich kolan w swoją dłoń, szarpnął, gdy jego biodra wcisnęły się.
Przetoczył
się i głowa jego koguta ześlizgnęła się, utkwiwszy w celu, a potem wjechał.
Brałam
go, czując, jak wypełnia mnie wspaniałość Deke’a, wygięłam szyję do tyłu,
ciężar i ciepło jego dużej dłoni obejmującej moje gardło podzielał moją żarliwą
uwagę z tego na siłę jego pchnięć uderzających we mnie.
„Patrz
na mnie, Justice” - wydusił.
Wyprostowałam
głowę, spojrzałam mu w oczy, obserwowałam zaciekłość uczucia wyrytego na jego
twarzy.
Ta
dzikość dla mnie.
Wszystko
dla mnie.
Drżałam
na marmurze.
„Zakorzeniam
się w tobie” - mruknął, jednocześnie posuwając.
O
Boże.
Boże.
Podniosłam
nogę, której nie trzymał i przycisnęłam wnętrze uda do jego boku, a wszystko
drżało, nogi, brzuch, usta, palce, cipka.
„Deke”.
Wycofał
się, ale nie wyszedł i znów zaczął pchać.
Jego
palce zacisnęły się na mojej szyi, mimo że jego kciuk wysunął się w górę,
wciskając się w zawias mojej szczęki. Trzęsąc się gwałtowniej, poczułam, jak
jego poduszka naciska, pali, i byłam pewna, że po tym, jak skończymy, spojrzę w
lustro i zobaczę wypalony tam jego odcisk, przypalony do mnie.
„Ktoś
oprócz mnie wejdzie w tę cipkę?” - zapytał.
Napięłam
się wokół jego prowadzącego kutasa.
Tak.
Miałam
rację.
Wbijał
się we mnie. Jego. Do jego użytku. Dla niego.
Nikt
inny.
Byłam
Deke’a.
„Nie”
- szepnęłam.
„Nigdy?”
- przyciął.
„Nigdy,
kochanie” - obiecałam bez tchu.
Uderzał
we mnie, moje ciało szarpało się z każdym pchnięciem, trzymane stabilnie tylko
ręką na moim gardle, gdy jego druga mocno ściskała moje kolano.
Nagle
szarpnął wyżej kolano, wbijając moją cipkę na swojego prowadzącego kutasa, a
każdy wykrok zderzał się z moją łechtaczką, pulsując przeze mnie. Uniosłam
jedną rękę, aby owinąć palce wokół jego nadgarstka na mojej szyi, trzymając go
tam, zatrzymując go tam, poddając się wszystkiemu, co robił, komunikując, że to
jego do wzięcia. Drugą ręką wsunęłam się między nogi, rozsuwając palce, czując
w inny sposób piękno Deke’a, który mnie przejmował, zaznaczając mnie jako jego
wewnątrz, całe jego, w którym nikt inny nigdy nie będzie.
Zaczęło
się przeze mnie gotować. Uniosłam głowę, naciskając przez jego obrożę na moim
gardle, patrząc pod rzęsami prosto w jego oczy, jęcząc chrapliwie - „Kochanie,
pieprz mnie. Pieprz mnie dalej, Deke. Nie przestawaj. Nigdy nie przestawaj”.
Brał
mnie szorstko, ale na moje słowa, jego warczenie podkręciło moją cipkę, gdy
wysunął usta i pochylił się lekko we mnie, jego oczy utkwione w moich, a
jedwabista gwałtowność jego pieprzenia zmieniła się w aksamitną dzikość.
„Tak,
kochanie” - wydyszałam. Wyciągając palce spomiędzy nóg, podniosłam tę rękę i
mocno chwyciłam za jego kark - „To twoje. Niech to będzie twoje, wszystko
twoje, Deke”.
„Dojdź,
Jussy” - mruknął.
Nie
chciałam dojść. Chciałam mieć mój uścisk na nim, jego uścisku na mnie, jego
oczu takich, jego twarzy, jego kutasa, który głęboko mnie zaznaczał, i
pragnęłam tego na wieczność.
„Cholera,
dojdź, Jussy” - warknął.
Dyszałam,
miękkie jęki wydobywały się za każdym razem, gdy zanurzał się głęboko,
wypełniając mnie, łącząc się ze mną, mocniej łącząc się ze wszystkim, co było
mną, moje oczy były przypięte do jego.
Nadszedł
czas.
„Kocham
cię” - szepnęłam.
„Też
cię kocham, Cyganko, teraz, kurwa, dojdź”
- warknął w odpowiedzi.
Doszłam.
Mój kręgosłup wygiął się w łuk nad marmurem, moja noga owinęła się wokół jego
pleców, moje palce zwijały się, moje paznokcie zatapiały się w ciele,
krzyknęłam, najpierw jego imię, a potem ciche dźwięki uciekające ze mnie, gdy
poczułam, jak moja cipka falowała wokół jego wciąż pchającego penisa, moja
łechtaczka kurczyła się, pulsowała, mój oddech w końcu się zawiesił.
„Kurwa”.
To
wyszło od Deke’a i był to stłumiony ryk, gdy dalej wbijał się we mnie, dziki
dźwięk jego uwolnienia drapał moją skórę, napędzał moją cipkę, przedłużając mój
orgazm, gdy czułam, jak strzela we mnie gorąco, mokro i głęboko.
Kiedy
upadł na mnie, czołem do skroni, zmuszając moją głowę do przechylenia się na bok,
aby go podeprzeć, nie puścił mojego gardła ani kolana.
Z
trudem modulowałam oddech i poczułam przy uchu, policzku, tak jak robił to
Deke, podczas gdy jego kutas pozostał wbity głęboko we mnie.
Zakorzeniony
we mnie.
Też cię kocham, Cyganko…
Też cię kocham, Cyganko…
Kocham…
Cię…
Też.
Poczułam,
jak łzy zbierają się w moich oczach i byłam zbyt wyczerpana fizycznie i
emocjonalnie, aby je zwalczyć.
Dzięki
wyczuciu Deke’a wiedział, że tam są, natychmiast gdy pierwsza zsunęła się przez
nasadę mojego nosa.
Wiedziałam
to, kiedy podniósł głowę i zauważył - „Mała, jak na kobietę, która mówiła, że
nie płacze, jesteś poważną pieprzoną płaczką”.
Wyprostowałam
głowę i spojrzałam na niego.
„Właśnie
powiedziałeś mi, że mnie kochasz” - zauważyłam pełnym czci szeptem.
Deke
nie był w nastroju do czci.
„Tak,
i ty właśnie mi powiedziałaś, że mnie kochasz. Ale po najlepszym pieprzonym
orgazmie, jaki kiedykolwiek miałem w moim przeklętym życiu, tym pokonującym ten,
który dałaś mi zeszłej nocy, który, kotku, był poza listą przebojów… Przypomnij
mi, żebym znów cię związał twarzą do ziemi i to wkrótce… nie zobaczysz, jak
płaczę”.
Patrzyłam,
jak jego oczy stają się szkliste, gdy moja cipka zadrżała wokół jego kutasa na
wspomnienie ostatniej nocy.
Ale
moje usta wciąż syczały - „Jesteś góralem, Deke. To domysł, ale dobry, że mężczyźni
z gór rzadko płaczą. Nawet po wyznaniach miłości”.
Znowu
skupił się na mnie - „Jesteś teraz kobietą z gór, Jussy, zmęczoną światem,
światową, rockową Cyganką, i, z grubsza, beczysz jak dziecko”.
Czy
dawał mi gówno o płacz po tym, jak powiedział mi, że mnie kocha?
„I
powtórzę, to dlatego, że właśnie powiedziałeś mi, że mnie kochasz” - oświadczyłam.
Uniosłam rękę, wyciągając palec, wskazując swoją twarz - „I żeby zauważyć, że w
tym momencie dajesz mi gówno, a ja już nie płaczę” - zauważyłam, a potem
poskarżyłam się - „Całkowicie zrujnowałeś ten moment”.
Żartobliwe
światło uderzyło w jego oczy, co spowodowało kolejny dreszcz cipki, który z
kolei spowodował, że jego usta się wywinęły ku górze.
„Całkowicie?”
- dokuczał.
„Całkowicie”
- warknęłam, choć trochę dysząc.
Nagle
jego twarz zbliżyła się, a jego kciuk przesunął się po mojej szczęce, podbródku
i w górę, łapiąc moją dolną wargę.
„Całkowicie?”
- zaszeptał.
Dobra.
Nie
całkiem. Nic nie mogło zepsuć tej chwili.
Nic.
Będąc
Deke’iem, a więc niesamowitym, nie naciskał tego, każąc mi przyznać się do tego
głośno.
Po
prostu zapytał - „Kochasz mnie, Jussy?”
Teraz
mogłam to powiedzieć. Mogłam powiedzieć teraz, a nie w środku fantastycznego
seksu, przez który Deke objął w posiadanie moją cipkę, moje ciało, mnie.
Mogłam
to po prostu powiedzieć, wszystko dla niego.
Dla
Deke’a.
„Tak,
kochanie, kocham cię”.
Patrzyłam,
jak to osiada na jego twarzy, i robiąc to, obserwowałam cud tego miejsca, które
dało mi rzeczy takie jak Deke i rzeczy takie jak ja Deke’owi w pracy.
Ten
ostatni cud polegał na tym, że obserwowałam, jak odchodzą mu z twarzy te ostre
krawędzie, które dało mu życie, wygładzając ją, nie podczas snu, nie podczas seksu.
Wszystko
ode mnie.
Gówno.
Znowu
rozpłaczę się.
Aby
to kontrolować, wzięłam nierówny oddech, podczas gdy Deke przesunął kciukiem od
mojej wargi, przez brodę i gardło.
„Myślę,
że co wieczór kupuję ci szampana”.
„Lubię
szampana, kochanie, ale naprawdę
chcesz tam wejść, kup mi Burbona”.
Przycisnął
biodra do moich, moje usta rozchyliły się w słodkim uczuciu i zapytał - „Czy
mogę wejść głębiej?”
Byłam
całkowicie poważna, kiedy spojrzałam mu prosto w oczy i odpowiedziałem - „Nie”.
Przeczytał
moją powagę.
Całkowicie.
„Zakorzeniony
w tobie” - stwierdził, a jego oczy błyszczały drapieżnie, zaborczo,
podkreślając to, co zrobił swoim kutasem, jego dłonią wokół mojego gardła,
wszystkim, co właśnie mi zrobił.
Cel,
który zaznaczył w czasie naszego pierwszego razu, zatapiając zęby w mojej
skórze.
Byłam
wtedy jego.
Właśnie
zrobiliśmy to oficjalne.
„Zakorzeniony
we mnie” - wydyszałam.
Owinął
nogę, którą trzymał, wokół swoich pleców i użył wolnej ręki, aby przesunąć ją w
górę mojej szyi, jego palce wbiły się we włosy, a drugą ręką puścił moje
gardło, aby poszła w ślady po przeciwnej stronie.
„Jedyne
korzenie, jakich chcę, ja w tobie, ty we mnie” - powiedział cicho.
Kurwa.
Zamierzał
sprawić, że znów będę płakała i nie będę w stanie tego kontrolować.
Obserwował
moją twarz.
Potem
powiedział - „Cholera, znowu zaczniesz”.
„Nie
zacznę” - warknęłam, chociaż moje słowa były niepewne.
Uśmiechnął
się do mnie żartobliwie, ale to było na zewnątrz, dając mi to, czego
potrzebowałam, by się pozbierać. Wiedziałam o tym, bo również poczułam, jak oba
jego kciuki gładzą mnie kojąco za uszami.
„Potrzebuję
szampana” - oświadczyłam.
„Tak”
- odpowiedział.
„Pijesz
szampana?” - zapytałam.
„Dzisiaj
tak” - odpowiedział.
Dzisiaj
pił.
Dzisiejszego
wieczoru, w którym spędzałam dużo czasu na świętowaniu, Deke wypił szampana,
dla mnie.
Uniosłam
się i dotknęłam ustami jego ust, zanim wpadłam tyłem w jego dłonie we włosach -
„W takim razie polej, Słonko. Umyję się. Wypijemy toast za zrobiony dom, a
potem wieprzowina”.
„Jasne”
- mruknął - „Wezmę dynie, a potem wezmę szampana”.
Powoli
wysunął się, a potem podciągnął mnie do góry, więc siedziałam na blacie.
Trzymał
nas tam, mnie w swoich ramionach, z głową odchyloną do tyłu i opuszczonym
podbródkiem.
Przyjrzał
się mojej twarzy, spodobało mu się to, co zobaczył, pokazał mi to swoim wyrazem
twarzy, a potem pocałował mnie długo i słodko.
Kiedy
skończył, pomógł mi zejść z blatu, podciągnął dżinsy, wsadził kutasa do środka,
ale pomógł mi chwycić moje dżinsy i majtki, zanim zrobił swoje.
„Wrócę”
- powiedziałem mu.
„Mam
cię” - odpowiedział.
„Zawsze,
Deke”.
Wyszło
to jak wypalone, a jego spojrzenie, które wędrowało do butelki szampana,
trafiło do mnie.
„Tak,
kochanie” - wyszeptał, jego usta były miękkie, a spojrzenie ciepłe.
Oddałam
mu to samo.
Potem
pobiegłam do łazienki, żeby się umyć. Ponieważ miałam okres w międzyczasie
(więc nie było dziecka po tym, jak Deke wziął mnie bez gumki), byłam teraz na
pigułce.
Nigdy
więcej prezerwatyw.
Tylko
Deke i ja.
To
było dobre, skoro nam się skończyły.
Ta
myśl wywołała u mnie uśmiech.
Wspomnienia
ostatnich dwudziestu minut sprawiły, że ten uśmiech zamienił się w wielki,
gruby uśmiech.
Myśli
o szarpanej wieprzowinie sprawiły, że mój żołądek zaczął burczeć.
Więc
umyłam się, włożyłam ubranie, złapałam nową parę ciepłych skarpetek i
naciągnęłam je.
Zajęło
mi tylko sekundę, by wyjrzeć przez okna na śnieg, który zamienił się w zamieć,
która gęsta i ciężka padała na mój skrawek góry.
„Jestem
szczęśliwa, tatusiu” - wyszeptałam.
Śnieg
padał cicho, pięknie, spokojnie.
Uznałam
to za odpowiedź taty, że jest zadowolony.
Potem
zrobiłam to, co powiedziałam, że zrobię.
Co
zawsze bym zrobiła.
Wróciłam
do mojego mężczyzny.
*****
Deke
Później
tej nocy Deke poczuł, że Jussy rozluźnia się w jego ramionach i słyszał oddech
podczas jej snu.
Leżąc
tam, trzymając swoją Cygankę blisko w jej wielkim, drogim łóżku w jej wielkim,
drogim domu w górach po tym, czym dzielili się na jej wyspie, czuł ciszę, którą
przez całe życie czuł robiąc tylko jedną rzecz.
Będąc
w drodze.
To
go nie podkręcało.
To
miało sens.
Deke
był w niej zakochany.
Nie
było więc niespodzianką, że przyniosła mu ten spokój.
Deke
nie wyjrzał przez okno.
Zamiast
tego ukrył twarz we włosach Jussy.
I
nie mówił głośno.
Pomyślał
słowa w swojej głowie.
Jest mi dobrze, mamo.
Potem,
wpadając głębiej w to miejsce, trzymając Jussy w tym wielkim, drogim łóżku w
tym wielkim, drogim domu w górach, Deke zamknął oczy i znalazł sen.
Dziękuję❤
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńSuper rozdział :) Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń