Rozdział
12
Szybko
do niego docierało
Deke
Deke
podał Jussy kubek kawy i poczuł, jak jego usta drgną, kiedy uniosła ręce, owinęła
je wokół kubka i wypchnęła - „Uch”.
Wrócił
do ekspresu do kawy, nalał dla siebie, odwrócił tyłek do blatu, oparł się o
niego i spojrzał na nią w jej niedorzecznej piżamce wciśniętą w róg kanapy, z piętami
na siedzeniu, kolanami do jej piersi.
Był
niedzielny poranek, a ona wciąż była w jego przyczepie.
Deke
nie czuł wstydu, wykorzystując złą sytuację, jak również uczucia Jussy do
niego, robiąc jedno i drugie, aby ją tam zatrzymać.
Przyglądał
się jej, zadowolony, że siniak na jej szyi szybko zniknął. Były tam cienie dwóch
wierzchołków, ale wcale nie były tak wściekłe i prawdopodobnie zniknęłyby w
ciągu jednego dnia. Nie było opuchlizny i pozostał tylko niewielki siniak na
zewnątrz i pod okiem, reszta przebarwień na skroni i kości policzkowej zmieniła
kolor na żółty i Deke pomyślał, że zniknie całkowicie w ciągu najbliższych
kilku dni. Jej głos wrócił do normy i już dawno straciła sztywność ciała,
poruszając się normalnie, niezbyt ostrożnie.
To
nie był jedyny postęp dokonany w tym tygodniu.
Deke
dzwonił do każdego, kto, jak sądził, mógłby pomóc, dzieląc się tym, że chciał
dać Jussy jak najwięcej postępów w jej mieszkaniu. Pomyślał, że gdyby udało mu
się to zmienić, uczynić go bardziej domem, którego tak pragnęła, wymazałoby to
wspomnienia o tym, że został naruszony i stworzyłoby przestrzeń, która należałaby
do niej, w której czułaby się bezpieczna.
Jego
kumple mieli pracę i interesy do prowadzenia, ale przychodzili i dawali czas
tak często, jak tylko mogli. Czasami było to tylko kilka godzin. Czasami całe
poranki lub popołudnia. Wood wrócił. Ham, jego przyjaciel, który prowadził bar
w Gnaw Bone, był tam najczęściej, dając kilka godzin każdego popołudnia, będąc
w stanie to zrobić, bo pracował nocami. Max sam wykroił czas i zrobił to samo z
niektórymi członkami swojej załogi, wysyłając człowieka tu i tam, zwykle Bubbę,
ale także jednego ze swoich brygadzistów, człowieka, którego Deke nie znał zbyt
dobrze, ale wiedział, że facet był solidny, a nazywał się Deacon Gates.
Oznaczało
to, że Jussy miała cały sufit, wszystkie płyty gipsowo kartonowe zostały
wykonane z izolacją wdmuchiwaną w panele i wszystko było oklejone taśmą. Wood,
Tate i Ty oraz Bubba pojawili się wszyscy i poprzedniego dnia zagruntowali
wszystkie ściany.
Deke
będzie malował i może nawet zacznie układać podłogi w następnym tygodniu, a Max
wyśle pełną ekipę siedmiu kolejnych facetów w następnym tygodniu.
Wtedy
gówno by się skończyło i to szybko, a Jussy miałaby dom do zamieszkania.
To
wszystko się wydarzyło i Callahan zniknął.
Pozostawił
po sobie naprawdę kompleksowy system bezpieczeństwa.
Panele
kodowe były przy każdych drzwiach. Niepozorne przyciski paniki w różnych
miejscach tak, aby, gdyby Jussy została zaatakowana, nie musiałaby biec daleko,
by otworzyć zatrzask, nacisnąć przełącznik, a policjanci Carnal dostaliby sygnał.
A Cal umieścił dyskretne światła z czujnikami ruchu na wszystkich zewnętrznych
okapach, czujniki przylegały do zewnętrznych ścian, aby jasne światło
aktywowało się i wystraszyło kogoś, kto byłby blisko domu i robił rzeczy,
których nie powinien, a nie stworzenia, które mogłyby się zbliżać i ciągle je aktywować.
Cal
wzmocnił też wejście do pralni, wyrwał i poprawił futryny, a także zamówił
wzmocnione stalą drzwi, które Deke wstawi po dostarczeniu. Umieścił tam telefon
stacjonarny, skutecznie czyniąc to miejsce bezpiecznym pomieszczeniem, przez
które przebicie się wymagałoby większego wybuchu niż granat lub musieliby
przebić się przez ściany. Jeśli dom Jussy zostałby zaatakowany, a ona by tam dotarła,
był tam przycisk paniki i telefon stacjonarny, aby mogła się komunikować,
wezwać pomoc i zachować bezpieczeństwo, dopóki ta pomoc by nie nadeszła.
I
na koniec zakopał wszystkie przewody prowadzące do domu. Wszystko to zostało
ułożone od drogi do domu pod ziemią, ale znajdowało się na powierzchni, aby
zapewnić media na zewnątrz. Callahan przesunął to w środku, więc jeśli ktoś
chciałby odciąć jej prąd lub wybić telefony, musiałby albo wspiąć się na słupy
elektryczne lub telefoniczne, albo zrobić to od wewnątrz wysyłając paskudnie
krzyczącą rakietę, która spowodowałaby, że jakiekolwiek drzwi lub okno czujniki
zostałyby naruszone, a on musiałby działać ścigając się z czasem, bo w ciągu
kilku sekund wezwanie trafiało bezpośrednio do glin.
Oprócz
strażnika przy bramce na początku jej pasa lub kamer monitorowanych przez całą
dobę, był to najbardziej wszechstronny, przemyślany system bezpieczeństwa, jaki
widział Deke. Był tam, ale dyskretny, więc Jussy nie musiała stawiać czoła jego
istnieniu z każdym zwierzęciem, które by się zbliżyło lub za każdym razem, gdy
jej oczy padałyby na przycisk paniki.
Callahan
wyszedł po tym, jak Jussy uparła się, że da mu kolację z Rosalindy (znaczy Deke
poszedł po nią i zjedli w jej salonie), a także ją mocno przytulił, zanim
wsiadł do SUV-a i pojechał do Denver, żeby mógł wrócić do swojej rodziny w
Indianie.
Ale
Mr T wciąż był w pobliżu Jussy, jego centrum dowodzenia było mobilne,
zarządzając jej sytuacją, a także karierami ciotki i wujka z salonu Justice,
La-La Land lub hotelu Carnal.
Aby
to zrobić, w jakiś sposób pociągnął za sznurki, aby kablówka włączyła usługę
Jussy w trybie pilnym (co oznacza, że zostało to zrobione do środy po południu). I właśnie tego
dnia przywiózł cały sprzęt do nawiązania sieci Wi-Fi,
ustawił go w pokoju, który miał być jej gabinetem, a
wszystko to było
chronione przed budową ciężkimi plastikowymi plandekami.
To
pozwoliło Jussy ruszyć pełną parą z dekorowaniem i aprobowała gówno, które jej
projektant wysyłał na lewo i prawo (cholera, Deke nie przegapił, że aprobowała
tylko, jeśli miała też jego aprobatę).
Nie
wspominając już o tym, że już dała zielone światło dla niektórych odlotowych
mebli na taras i to wielu, a wszystko wyglądało, jakby było zrobione z pni lub
masywnych gałęzi z grubymi beżowymi poduszkami.
To
zostało dostarczone i ustawione na jej tylnym tarasie.
To
było w komplecie z dekoracjami. Wielkie świeczniki na zewnątrz, duże kolorowe
doniczki, a nawet pieprzony plenerowy dywanik. Uwielbiała to, a Deke to
zaakceptował, bo mogła tam siedzieć, kiedy on pracował, Jussy nie oddychała
kurzem z płyt kartonowo gipsowych, a on nadal ją widział.
Codziennie
pracował. Każdej nocy wracali do jego przyczepy i nie umknęło mu to, że nie
skłamała, kiedy powiedziała, poza byciem z gitarami ojca, przebywanie w tej
przyczepie było drugim najlepszym miejscem, w jakim mogła być.
Wyraźnie
rozluźniała się w chwili, gdy tam wchodziła.
Na
początku Deke czuł, że znajduje się w miejscu, które on stworzył bezpiecznym po
tym, co jej zrobiono.
Potem
stało się bardziej, jakby właśnie wracała do domu.
Byłoby
wielkim pieprzonym niedopowiedzeniem powiedzieć, że to lubił.
Od
czasu jej ataku (a nawet wcześniej, jeśli by zwrócił uwagę), stało się jasne,
że nie była udawaną cygańską księżniczką.
Była
po prostu Cyganką, bardziej zadomowioną w Airstreamie z elektrycznością płynącą
z generatora i ani jednej duszy w promieniu wielu kilometrów niż w swoim
wielkim domu nad rzeką.
I
z tym, oprócz podjechania do jej domu i zobaczenia dwóch radiowozów
policyjnych, dla Deke’a stało się to jasne, bo te radiowozy wyrwały mu głowę
prosto z tyłka.
I
zaczął zwracać uwagę.
Jussy
była Justice Lonesome, dziewczyną, która odziedziczyła po ojcu dużo pieniędzy i
jeszcze więcej talentu, dziewczyną, która odcisnęła swój ślad na tym świecie.
Ale
tak właśnie było i była to tylko niewielka część tego, kim była.
W
rzeczywistości była tylko Jussy, nawet jeśli bycie tylko Jussy wiele mówiło.
Deke
nie miał pojęcia, czy mógłby z żyć w zgodzie.
Wiedział
tylko, że zamierza spróbować.
Nie
miał też pojęcia, o co chodziło w głowie Jussy, poza tym, że ani razu nie
wzdrygnęła się przed przebudzeniem z nim, pójściem z nim do pracy, pójściem z
nim do domu i położeniem z nim spać.
Od
czasu do czasu rzucała mu długie spojrzenia i wiedział, że chodziło jej po
głowie, żeby zapytać, co się do cholery dzieje z nim… z nimi… ponieważ na początku wszystko, co robił, mogło być gównem,
które zrobiłby każdy przyjaciel.
Co
już dawno minęło.
Ale
w środę zauważył, że właśnie się do tego przyzwyczaiła. Lubiła go. Byli blisko.
Potrzebowała go. Gówno było ekstremalne. Brała to, co musiał dać, to wszystko, bo
ona chciała tego w ten sposób.
On
później podzieli się z nią dokładnie wszystkim, co się z tym wiąże.
A
wtedy musieli przetrwać ten dzień.
I
tą noc.
To
był ten dzień, kiedy Brendan Caswell powiedział, że wróci i dokończy pracę,
którą rozpoczął tydzień wcześniej. Decker dowiedział się, komu Bianca
Constantine była winna znaczną sumę pieniędzy, tym skurwysynem był mężczyzna
nazwiskiem Brendan Caswell.
Deck
nie znalazł Bianki, ale odkrył, że była w głębokim gównie z tym Brendanem,
dilerem niskiego poziomu, ambitnym, chcącym odcisnąć swoje piętno i awansować w
rankingach. Ale przyzwyczaił się do Bianki, myśląc, że jej rodowód ma słabnącą
gwiazdę filmu B w postaci matki i gitarę prowadzącą taty z zespołu
heavymetalowego, że będzie do tego dobra… a może ktoś to zrobi.
Bianca
wyparowała. Caswell też.
Ręce
Chace’a były związane z lokalnymi dochodzeniami i nic nie dostali. Brak
odcisków. Brak śladów opon. Nikt w mieście nie widział faceta. Testy DNA trwały
tygodnie, czasem miesiące, ale chociaż Caswell miał przeszłość, nie miał w
aktach DNA. Musieliby go złapać i przetestować, żeby powiązać go z Jussy, bo
nie mogła go zidentyfikować, ponieważ nosił maskę.
Jedyną
dobrą wiadomością było to, że Decker poinformował, że ma solidne przewagi i
czuje, że zbliża się do Bianki, jego priorytetu (według Jussy), jeśli nie
Caswell’a.
„Nie
powiedziałbym tego, stary, gdybym w to nie wierzył, ale myślę, że dopadniemy ją
w ciągu dwudziestu czterech godzin. Okazuje się, że jest jeszcze bardziej
śliska niż była, dane, które mamy, są nadal dobre, więc najwięcej będzie
czterdzieści osiem. Więc trzymaj się” - powiedział Decker Deke’owi dzień
wcześniej.
Nikt
nie wiedział, czy Bianca poddała się, żeby zapłacić Caswell’owi i dlatego
zniknął.
Jedyne,
co wiedzieli, to to, że nigdzie w hrabstwie nie było śladu Caswell’a, a wydany
na niego list gończy niczego im nie przyniósł.
I
wiedzieli, że Bianca strawiła ogromny fundusz powierniczy, który jej rodzice
założyli dla niej, przepaliła więcej z przyjaciółmi, których prosiła o
pożyczki, których nie spłaciła, które wyschły i teraz była spłukana. Nie miała
też kontaktu z żadnymi przyjaciółmi ani rodziną, była uzależniona od
imprezowania we wszystkich jego wcieleniach (alkoholu i prochów, jakkolwiek
mogła to dostać) i do cholery w opałach.
Decker
zgłosił się bezpośrednio do Deke’a i Thurstona i obaj wspólnie podjęli decyzję
o przekazaniu Jussy wszystkich tych informacji.
Nie
była słaba. Była typem kobiety, która uważała, że wiedza to potęga, a ignorancja
nie była błogością. Szczegóły dotyczące jej przyjaciółki były uderzeniem, który
Deke dostarczył, gdy siedzieli na jego kanapie, a ona była w jego ramionach,
ale zrobiła to, o czym wiedział, że było jedyną rzeczą, jaką wiedział Jussy.
Wchłonęła
je, poczuła ból, uporządkowała swoje gówno i szła dalej.
A
dzisiaj musiał jej pomóc iść dalej.
Miał
plan, którego kulminacją było to, że ona znajdzie się za fortecą
bezpieczeństwa, którą dał jej Callahan, a Deke będzie tam z nią, ta noc będzie pierwszą
nocą, którą ona spędzi w swoim domu.
To
musiało nadejść i Deke uznał, że nie tylko rozważnie było umieścić ją za
ochroną Callahana, z radiowozem, który Chace ustawiał w jej domu, ale też było
to dla Brendana Caswell’a wielkim „chrzań się”, skoro ten kretyn rzeczywiście
pokazał wcześniej, że mógł dostać się do niej i zdjął ją, ale ona tam by została.
A
poza tym miała łóżko typu king size. Jego był podwójne. Wystarczająco dobre do
spania. Ale chciałby, żeby pokój miał przestrzeń do ruchu, kiedy by rozmawiali
i robili coś więcej niż spanie w łóżku.
„Nie
rozumiem, dlaczego w niedzielę, kiedy ty nie pracujesz, a ja na pewno nie będę
pracowała, wstajemy tak wcześnie” - stwierdziła Jussy, a Deke wyrwał się z
zamyślenia i skupił się na jej.
Chryste,
wszystkie te włosy, jeszcze ładniejsze, kiedy były w bałaganie po tym, jak na
nich spała.
Byłoby
dobrze, że odbyliby rozmowę, którą zamierzali odbyć, żeby Deke mógł zrobić
wszystko, co chciał z tymi włosami.
„Zobacz,
kofeina działa i znów umiesz mówić po angielsku” – zażartował.
„Deke,
jest siódma trzydzieści” - powiedziała mu coś, co wiedział - „Co oznacza, że mogliśmy
jeszcze spać. Prawie półtorej godziny”.
Przewróciła
oczami.
„Wyssij
więcej tego, cygańska księżniczko, żebym mógł odzyskać moją Jussy”.
To
dało mu ostre spojrzenie, któremu poświęciła trochę czasu, a on wiedział, że za
tym kryło się to, że zastanawiała się, co do cholery się między nimi dzieje.
Dostanie
to jutro.
Musiał
się dzisiaj skupić na tym, żeby przeżyła dzisiaj.
I
dzisiejszą noc.
„Brunch
u Krys” - w końcu odpowiedział na jej pytanie - „Pamiętasz?”
„Pamiętam,
ale powinniśmy tam być za trzy godziny”.
„Musimy
zabrać zbiorniki na wodę do Tate’a, żeby je napełnić, przywieźć je z powrotem,
potem ty potrzebujesz prysznica i ja potrzebuję prysznica, a potem musimy
dostać się do Krys i Bubby. Potrzebuję do tego kofeiny i ciebie po drugiej
stronie twojego porannego marudzenia, ponieważ Tate i Laurie cię lubią, ale nie
będą, jeśli dasz im porcję swoich porannych humorków”.
„Byłam
naprawdę dobra w utrzymywaniu przykrywki na moim porannym humorku, Deke. I
wiesz to”.
„Wiem.
Wiem też, że wymagało to wysiłku, a dziś wiem, że pokrywa się zsunęła”.
Jedną
ręką wypuściła kubek, żeby go wyrzucić, mówiąc - „Jest niedziela, siódma
trzydzieści. O ile nie idziesz do kościoła, a my nie idziemy, zgodnie z prawem
nie możesz wstawać tak wcześnie w weekend, zwłaszcza w niedzielę”.
Prawo.
Kurwa,
jego Cyganka była zabawna.
„Moglibyśmy
wziąć prysznic u ciebie” - powiedział jej - „W ten sposób nie będziemy musieli
napełniać zbiorników, zanim to zrobimy”.
„Możemy
też napełnić zbiorniki u mnie. Co zlikwidowałoby mnóstwo czasu na jazdę, a to z
kolei oznaczałoby, że moglibyśmy wrócić do łóżka na godzinę”.
Moglibyśmy wrócić do łóżka.
Kurwa,
nie ma mowy, żeby wrócił z nią do łóżka. Był rozbudzony. Nie będzie mógł
ponownie zasnąć i nie będzie miał Justice, jej włosów, jej tyłka, jej nóg i jej
piersi, wciśniętych w niego tak, jak wciskała się w niego, gdy był
nieprzytomny, otrzymując to wszystko w pełni świadomie i dokładnie wiedząc
wszystko, co chciał z tym zrobić. Kurwa, był zmuszony spróbować znaleźć sen z twardym
jak skała twardzielem, którego starał się nie pozwolić jej poczuć przez wiele
dni.
Nie,
nie wracali do łóżka.
„Mała,
ubierz się” – rozkazał.
Gapiła
się na niego.
„Ubierz
się albo ja cię ubiorę” - zagroził.
Właśnie
tam i otwarta, dała mu wiedzę, że będzie z nim na dole, próbując tego, zanim to
ukryła, wypchnęła z kanapy i narzekała, gdy brnęła przez jego przyczepę - „Och,
w porządku”.
Deke
zwalczył chęć klepnięcia jej w tyłek, gdy przechodziła obok, i popijał kawę,
gdy zamknęła drzwi.
Zrobił
to popijając uśmiechając się.
Uśmiech
zniknął, gdy zaczął myśleć.
Nie
miała pracy przy biurku. Pisała muzykę. Mogła to robić wszędzie. Widział ją
nawet, jak robi to wiele lat temu, późną nocą w zatłoczonym barze dla
motocyklistów.
Żyła
też stosunkowo bez korzeni i nie odniosła z tego powodu żadnych szkód. To, jaka
była, rzeczy, które mówiła, jedyne korzenie, których potrzebowała, tkwiły
głęboko w ludziach, których kochała i którzy nigdy nie odeszli, nawet jeśli nie
byli blisko.
Miała
duży dom nad rzeką w górach, który zapowiadał się spektakularnie. Ale bardziej
czuła się w domu w przyczepie nad jeziorem.
Miała
też gównianą tonę pieniędzy, ale nie żyła na wyrost. Mogła zamówić meble w
locie i zapłacić za to gotówką, ale nie miała kamerdynera, nie chwiała się w
markowych butach i nie jadła kawioru na lunch.
Była
sławna, ale jedną z najbardziej prawdziwych, przyziemnych kobiet, jakie
spotkał.
I
mogła znosić uderzenia życia, niektóre z nich brutalne, i dalej być
niezniszczalna. Kurwa, została prawie uduszona na śmierć i tej samej nocy
rozmawiała z nim o wszystkich błogosławieństwach, które dał jej Bóg.
Tak,
Deke w końcu zwrócił uwagę.
Obserwował,
jak Tate podchodzi do Lauren, ale Tate nie walczył. Zszedł i został tam,
ponieważ lubił spokój i piękno, które Lauren wniosła do życia jego i jego syna.
I
Deke obserwował, jak Ty walczył z Lexie, prawie ją stracił i dostosował się do
mężczyzny, za którego się uważał, żeby to gówno nigdy się nie wydarzyło.
Chace
też walczył z Faye. Była nieśmiała, słodka, ale kochała go, więc nie zajęło jej
dużo czasu wyciągnięcie głowy jej mężczyzny z jego tyłka.
I
to Emme wywalczyła Decka i, nawet jeśli demony, z którymi walczyła, były
zaciekłe, on nigdy się nie poddawał.
Z
drugiej strony jego kumpel Ham i jego żona Zara mieli wspólną historię. Nie wszystko
było ładne, ale znacznie brzydszy był bagaż, który dało im życie. W końcu oboje
byli wystarczająco sprytni, by wiedzieć, że jak masz szansę na dobre i możliwe
życie, w którym mierzysz się ze złem z kimś, kto znaczy dla ciebie wszystko,
nie marnujesz tego. Więc nie zmarnowali. A Ham właśnie w tym tygodniu
powiedział mu, że Zara zaciążyła z dzieckiem numer dwa.
Deke
miał w swojej przeszłości śmieci, które musiał przepracować. Był tego świadomy.
Wiedział, że musi przez to przejść, aby dać Jussy to, czego chciała – dać im
szansę.
Deke
wiedział też, że jest prostym człowiekiem, ale nie był głupim człowiekiem.
Obserwował
i nauczył się.
Być
może niezbyt szybko do niego docierało.
Ale
po tym, jak Jussy przeżyłaby ten dzień i tę noc, był cholernie pewny, że naprawi
to, bo jedną rzeczą, której nauczył się z tego wszystkiego, co robił, było to,
że męskie śmieci były sortowane o wiele szybciej, kiedy był na tyle mężczyzną,
by dobra kobieta pomogła mu przez to przebrnąć.
I
odłożyć to na bok.
„Czy
to normalne?” - zapytała Jussy.
Spojrzał
w jej stronę, a potem z powrotem na drogę.
Było
to po ich prysznicach, zbiorniki na wodę mieli napełnione i na skrzyni z tyłu
jego pickupa. Kierowali się do jego przyczepy, żeby je wyrzucić, odebrać ich wkład
na brunch (skrzynka piwa, butelka Burbona i trochę zapiekanki, którą Jussy przygotowała
zeszłej nocy, włożyła do lodówki, a upiekłaby u Krys).
„Czy
co jest normalne?”
„Brunch
u Krys i Bubby” - wyjaśniła - „Krys nie wygląda mi na taką co robi brunch”.
Nie
była.
Była
kobietą, która wiedziała, że jej koleżanka została zaatakowana i pozostawiona z
groźbą, że napastnik powróci za tydzień, ten tydzień minął, a teraz Krys robiła,
co mogła, aby nie myśleć o tym, że nadszedł dzień.
„Myślę,
że próbuje swoich sił w udomowieniu” – zauważył Deke i może nie było to
całkowite kłamstwo.
„Boże,
jeśli brunch jest domowy, nie chcę w nim uczestniczyć” - mruknęła.
Deke
uśmiechnął się do przedniej szyby.
Kiedy
tylko mówiła takie gówno…
Do
diabła, za każdym razem i było tego
dużo.
Kurwa,
zaczynało się wydawać, że Justice Lonesome została dla niego stworzona.
„Nie
jesteś typem quiche[1]?”
- zapytał.
„Quiche
jest dla jedzenia tym, czym sweterki dla psów są dla małych psów. Zło wymyślone
z niezgłębionych powodów.”
„Słyszałem,
że niektóre z tych małych psów marzną” – zauważył Deke, wciąż się uśmiechając.
Wiedział,
że odwróciła głowę w jego stronę, kiedy odpowiedziała - „Mają futro, Deke”.
„Część
ma rzadkie, Jussy”.
„W
takim razie niech nie zmuszają ich do wyjścia na mróz, gdy idą na zakupy,
spacerują po parku lub cokolwiek ci ludzie robią z psami pomocniczymi. Mały
robal idzie na spacer i załatwia swoje sprawy, a potem wraca do domu na biwak
przed kominkiem lub paleniskiem. Jak potrzebują ruchu, rzucają im cholerną
zabawkę w salonie. Nie ubierają ich w śmieszny sweter i nie zmuszają ich do
skakania po śniegu, który jest od nich wyższy. To niegodne i nieludzkie”.
Sweterki
dla psów, nieludzkie.
Deke
wciąż się uśmiechał, drażniąc się - „Potrzebujesz więcej kofeiny?”
„Nie,
mówiąc o tym, myślę, że potrzebuję małego psa bez swetra”.
Spojrzał
na nią ponownie, już się nie uśmiechając - „Kotku, jak będziesz miała psa, ten
pies ma szczekać tak, że wystraszy Ty. Nie będzie to pies, który jest
wrzaskliwy, ale nie przestraszyłby Vivie”.
„Zdobędę
po jednym z obu” - zadecydowała.
„To
do przyjęcia” - mruknął.
Nastąpiła
chwila ciszy, zanim zapytała - „Jest pies, który wystraszyłby Ty?”
„Może
jeśli ten pies byłby wilkiem, ale nawet wtedy nie jestem pewien, czy to by zrobił”
- odpowiedział przez dzwonek telefonu. Pochylił się do przodu, żeby go złapać w
tylnej kieszeni, a kiedy to zrobił, nie zgubił się w tym, że prowadził śmieszną
rozmowę na temat swetrów dla psów.
Co
więcej, nie umknęło mu to, że go to nie obchodziło, bo po drugiej stronie tej
rozmowy była Jussy.
Sprawdził
wyświetlacz swojego telefonu. Było na nim napisane TATE DZWONI, więc odebrał go
i przyłożył do ucha.
„Yo,
Tate”.
„Yo.
Gdzie jesteś?”
„W
drodze do przyczepy, aby zrzucić zbiorniki, kierujemy się do Krys i Bubby.
Czemu?”
„Brunch
jest odwołany, bracie” - powiedział Tate tonem, który sprawił, że ramiona Deke’a
się wyprostowały. Tate nie kazał mu czekać.
„Krys
zaczęła rodzić jakąś godzinę temu, wody odeszły, wszystkie. Ona i Bubba są
teraz w szpitalu”.
„Kurwa”
- mruknął Deke - „Czy to nie jest…?”
„To
się dzieje teraz, pięć tygodni za wcześnie” – Tate odpowiedział na pytanie,
którego Deke nie wydobył.
„Kurwa”
- powtórzył Deke.
„Laurie
i ja wychodzimy za drzwi, kierując się do szpitala” - powiedział mu Tate.
„Zrzucamy
zbiorniki, ja i Jussy też”.
„Do
zobaczenia” - powiedział Tate - „Później”.
„Później,
bracie” - odpowiedział Deke, opuścił telefon i poczuł wibracje Jussy, które były
odpowiedzią na wibracje Deke’a.
„Co
jest?” - zapytała.
„Krys
zaczęła rodzić, mała. Musimy zrzucić te zbiorniki i dostać się do szpitala”.
„Cholera”
- szepnęła.
„Będzie
dobrze” - zapewnił ją.
„Ona
nie jest nawet w ósmym miesiącu”.
„Będzie
dobrze, Jussy”.
Zamknęła
się.
Deke
prowadził.
Ale
zrobił to, sięgając po jej rękę, ściskając ją mocno w swojej i trzymając obie
przy udzie.
W
swoim życiu miał kobiety, niektóre z minimalną siłą przetrwania.
Ale
ponieważ był dużo młodszy, ani razu nie trzymał ich za rękę.
Małą
rączkę Jussy w jego ręce również czuł, jak stworzoną do tego.
Tego
też Deke nie przegapił.
I
wcale mu to nie przeszkadzało.
*****
Deke
nie wszedł do sali szpitalnej.
Jussy
też nie.
Stali
z ramionami wokół siebie przy drzwiach, aby dać Bubbie znać, że tam są, z
zamiarem wyjścia i przejścia do poczekalni.
Lauren
też tam była, w pokoju z Bubą i Krys.
Widzieli
Tate’a w poczekalni, z telefonem do ucha, dzwoniącego.
Krys
nie wyglądała dobrze, miała włosy mokre od potu, twarz bez makijażu czerwoną i
ściągniętą z bólu lub zmartwienia.
To,
co zrobiła po jednym spojrzeniu na Jussy, było warknięcie - „Podejdź no tu”.
Jussy
nie spuszczała oczu z Krys, kiedy puściła Deke’a i poszła tam.
W
chwili, gdy zbliżyła się po przeciwnej stronie łóżka, od której stał Bubba,
jakby był strażnikiem, a nie wyczekującym mężem, Krys chwyciła dłoń Justice w
uścisku, który Deke nawet z jego odległości widział, że był zaciekły.
Sięgnęła
drugą ręką i gdy Jussy pochyliła się w jej stronę, klepnęła ją w tył głowy i
przyciągnęła ją prosto do swojej twarzy.
Deke
spiął się i przeszedł przez pokój.
Laura
spojrzała na niego, spojrzeniem mówiącym - „Uspokój się”. Bubba w ogóle na
niego nie patrzył, całą uwagę skupił na swojej kobiecie w tym łóżku.
Deke
zatrzymał się tuż za Jussy, widząc, jak jej głowa porusza się w górę i w dół w
uścisku Krys, co wskazuje na potwierdzenie czegoś, co Krys mówiła, jej ręka
ściskała dłoń Krystal tak samo mocno, jak Krys miała jej.
„Tak”
- usłyszał głos Jussy - „Nic się nie zmieniło od naszego czasu w Camaro,
siostro. Masz to, Krys. Masz to, piękna”.
„Mam
to” - odpowiedziała Krys słabszym głosem niż Deke kiedykolwiek słyszał.
„Masz
to” - powiedziała Jussy głosem silniejszym, niż kiedykolwiek słyszał.
Przez
jakiś czas nic nie nadeszło, zanim Jussy powiedziała jej - „Nigdzie się nie
wybieramy. Będziemy na zewnątrz z Tate’m. Masz to. Daj swojemu mężczyźnie ładne
dziecko”.
To
dało Krys sygnał, by pozwolić Jussy odejść, coś, co zrobiła.
Kiedy
to zrobiła, Deke wszedł, by ją odebrać, owijając ramię wokół jej brzucha i
przyciągając ją tyłem do siebie, ale nie zabierając jej z przestrzeni Krys.
Krys
spojrzała na niego, na Jussy, na niego, a potem na Bubbę.
„Nie
będziemy mieli kolejnego dziecka” - powiedział Bubba, zanim zdążyła otworzyć
usta.
Jego
niepokój był wyraźny w głosie, ekspresji i postawie.
„Potrzebuję
kawałka lodu, kochanie” - powiedziała cicho Krys, głosem, z którego zniknęła
część, ale nie cała słabość.
Bubba
sięgnął do miski z lodem.
„Do
zobaczenia wkrótce” - powiedziała cicho Jussy.
Krys
spojrzała na nią i skinęła głową.
Deke
wyprowadził Jussy, a Lauren przesunęła się na bok łóżka, który zwolnili.
Prawie
wpadli na Jima-Billy’ego, który wbiegł do pokoju, gdy wychodzili.
Deke
zabrał Jussy do Tate’a, zostawił ją z nim, wyszedł i kupił gównianą tonę
pączków i kawy. Kiedy wrócił, byli tam Ty i Lexie z ich dziewczynami, Jim-Billy
został wyrzucony, gdy skurcze się nasiliły, a Tate i Jussy byli na służbie
telefonicznej, przekazując aktualne informacje Twyli i załodze Bubba’s, Chace’owi
i Faye oraz świetnej liczbie ludzi, którzy kochali Krys, bez względu na to, jak
biegła była w rzucaniu humorkami.
Kiedy
czekali, Deke nie zadał sobie trudu, żeby nie patrzeć, jak Justice wygłupia się
z Lellą i Vivie. Nie umknęło mu też, jak się przez to czuł, widząc, że była tak
samo dobra z dziećmi, a może nawet lepsza, niż z dorosłymi.
I
nie umknął mu fakt, że była w Carnal nieco ponad miesiąc i była jedną z załogi,
jakby była tam od lat.
Wreszcie,
nie wypytywał jej o to, co było z nią, Krys i Camaro.
Coś,
czego jeszcze się nauczył, że kobiety srały ze swoimi siostrami i jeśli chciały
się tym podzielić, to robiły to. Jeśli nie, nie naciskałeś.
Dwie
godziny później Bubba wyszedł, wyglądając na o wiele bardziej cholernie
szczęśliwego, kiedy powiedział im, że Breanne Lauren Briggs pojawiła się na Świecie,
oddychając dobrze, posiadając wszystkie dziesięć palców, wszystkie dziesięć
palców u nóg i wyglądając jak jej mama.
I
Krys to zrobiła. Nieumyślnie, ale wciąż była najlepsza w tym, co robiła.
W
dniu, w którym jej przyjaciółka potrzebowała oderwania myśli od tego, co może
nadejść, dała jej coś, na czym może się skupić.
Godzinę
później, kiedy byli wpuszczani na zmianę, aby zobaczyć, że Krys jest w porządku
i spędzać czas z Breanne, Jussy odwzajemniła przysługę.
Podczas
gdy trzymała maleńkie dziecko Bubby i Krysa, uśmiechając się swoim wielkim,
szczęśliwym, otwartym uśmiechem, zanurzyła twarz blisko, delikatnie kołysząc
Breanne, jakby była przy narodzinach tuzina dziewczynek i swoim słodkim, niskim
głosem cicho zaśpiewała „Czas w butelce[2]” Croce’a.
Deke
nie mógł oderwać oczu. Ale kiedy śpiewała, zobaczył, że Tate się zbliża z
telefonem w dłoni, nagrywając prezent Jussy dla dwojga nowych rodziców, coś
bezcennego, pierwszą kołysankę dziecka wydaną przez Justice Lonesome.
Kiedy
skończyła śpiewać, nie tylko Breanne spała.
Krys
też.
Piosenka
się skończyła, a Justice wciąż nuciła i kołysała się, jej uwaga była przykuta
do małej, pomarszczonej twarzy, która była wszystkim, co można było zobaczyć
przez czapkę i powijaki. A kiedy nuciła, Deke zauważył, że rysy jego Cyganki
były dominujące.
Ciemne
włosy, brązowe oczy.
Nie
kłamał, jego mama kochałaby Jussy.
Ciemnowłose,
brązowookie dzieci?
Kochałaby
je o wiele bardziej.
Patrzył,
jak jego Cyganka nuci małej Breanne.
Zrobił
to, uświadamiając sobie, że pogrążył się głęboko we wszystkim, co stanowiło
Justice Lonesome.
Ale
w ciągu całego życia nic nie obchodziło go mniej niż to, że został złapany w to
bagno.
*****
„Uch,
nie podoba mi się to” – oznajmiła Jussy.
Byli
w jego pickupie po wyjściu ze szpitala i jechali do centrum handlowego.
Deke
właśnie powiedział jej o swoich planach na ten wieczór i wiedział, że jej oświadczenie
nie dotyczyło tego, że jadą do sklepu z elektroniką, żeby kupić do jej sypialni
telewizor, który mogliby oglądać, kiedy wieczorem będą jedli pizzę w jej łóżku.
Chodziło
o to, że tę nocy spędziliby noc w tym łóżku.
„To
bezpieczne, Jussy” - powiedział łagodnie - „A ty musisz tam wrócić”.
„Dzisiejszej nocy?”
To
wyszło jak pisk.
Deke
chwycił ją za rękę i po raz pierwszy stawiała opór.
Nie
trwało to długo, bo się nie poddał. Kiedy ona się poddała, trzymał ją, mówiąc
dalej.
„Twój
system bezpieczeństwa jest szczelny, a Chace wysyła radiowóz. Mężczyźni z
odznakami, bronią, radiem i obecnością będą pilnowali przez całą noc. I ja tam
będę” - uścisnął jej dłoń - „Musisz wrócić do domu, mała”.
Poczuł
większy opór jej dłoni. Zaskoczyło go, bo nigdy nie stawiała oporu. Podczas ani
jednego dotknięcia. Ale tak szybko, jak zaczęła, ponownie poddała się,
pozwalając swojej ręce spocząć na jego, ale zrobiła to wszystko bez odpowiedzi.
„On
cię nie dopadnie” - powiedział jej.
Nic
nie powiedziała, a on spojrzał na nią i zobaczył, jak wygląda przez boczne
okno.
„Jussy?”
- zawołał.
„Wiem”
- powiedziała bezbarwnym głosem, jaki kiedyś od niej dostał, tego ranka, kiedy
rozmawiali po jej występie w Bubba’s - „Jestem okej. System Cala. Policjanci.
Ty. Będzie dobrze”.
Nie
lubił takiego głosu.
„Nie
pozwolę, żeby cokolwiek cię skrzywdziło” - obiecał.
„Okej,
Deke” - odpowiedziała natychmiast, werbalne ustępstwo, które mu też się nie
podobało.
Była
niezwykle zamknięta w głowie i nie dawała mu tego, co w niej było.
Więc
sięgnął po to.
„Co
masz na myśli?” - zapytał.
„Och,
nic, z wyjątkiem tego faceta, który obiecał wrócić, a pierwsza noc, kiedy będę
z powrotem w łóżku, w którym mnie udusił i pobił do nieprzytomności, to ta noc,
w której obiecał wrócić” - odpowiedziała, płaski ton zniknął, a jego miejsce zajął
sarkazm.
„Jak
przemknie się obok gliniarzy, zbliży się do jednego okna, nawet do tego
zabitego deskami, kotku, cały las oświetli się na dziesięć metrów wokół i
gliniarze będą go mieli. Jak pójdzie dalej i faktycznie się włamie, ta syrena
Callahana będzie słyszana na kilometry”.
Znowu
zmieniła taktykę - „Masz rację. Wszystko dobrze. Będzie dobrze”.
„Jussy…”
Wiedział,
że spojrzała na niego, kiedy powiedziała - „Jeśli chcesz, żebym wyprowadziła z
przyczepy, to przynajmniej dziś wieczorem czułabym się lepiej w Hotelu Carnal z
Mr T. Może mają sąsiednie pokoje. Będziemy trzymać drzwi otwarte pomiędzy. Nie
jest młody, ale kiedyś był żołnierzem piechoty morskiej”.
W
ten sposób rozumiejąc, co miała na myśli, palce Deke’a wokół jej zacisnęły się.
„Nie
chcę, żebyś wyprowadzała się z przyczepy” – podzielił się tą prawdą, ale zrobił
to ostrożnie.
„Jesteś
fajny i rozumiem, Deke, jaki byłeś fajny. Super. Super fajny. Niesamowicie fajny. Ale masz rację.
Muszę się tym zająć, przejąć kontrolę, wrócić do tego, co jest normalne. Ale
nie tej nocy. Dziś nocuję w hotelu z Mr T”.
Teraz
tracił tę fajność, o której mówiła, że był.
„Nie
zamieszkasz w cholernym hotelu z mężczyzną wystarczająco starym, by być twoim
jedynym dziadkiem, który się tobą zaopiekuje”.
„Możemy
powiedzieć Chace’owi, żeby zaparkował radiowóz pod drzwiami mojego hotelu”.
„Nie
zrobimy tego, skoro będziesz miała mnie u siebie i tam też będzie radiowóz”.
„Chciałam
powiedzieć, że byłeś fajny. Doceniam to. Zrobiłeś dużo. Czas zająć się rzeczami
i rozumiem, że to właśnie do mnie mówisz. Więc radzę sobie z rzeczami. Zwalniam
cię ze służby”.
O
nie, nie robiła tego.
Może
i nie mówił, gdzie się znajdowali, ale nie był głupi, ona na pewno też nie
była. Musiał to rozłożyć i musieli to przedyskutować, ale musiała wiedzieć,
dlaczego pozwalał temu się prześlizgnąć po tym, jak została napadnięta we
własnym domu.
Ale
wiedziała lepiej, niż to.
I
po prostu zwyczajnie była lepsza, niż
ta pasywno-agresywna bzdura.
„Proszę
o zwolnienie ze służby?” - warknął.
„Cóż…
nie” - odpowiedziała z wahaniem.
„To
dlatego, że nie proszę o zwolnienie ze służby. Mówię ci, że jeśli ten gość
wciąż jest w pobliżu, a nie ma dowodów na to, że był na tyle głupi, aby zagrać tak
i zostać w pobliżu, to w rzeczywistości jest jeszcze głupszy, jeśli podjedzie z
radiowozem na zewnątrz i mną z tobą w środku, wiedząc, że będzie udupiony.
Myślisz, że rozumiesz to, o czym mówię, Justice, ale jesteś cholernie poza bazą”.
„Ja…
no cóż… okej” - wyjąkała.
„A
żeby pokazać więcej gówna, prawdopodobnie miałaś zbyt wiele na głowie, aby się
zorientować, że ta gra, którą wykonał ten facet, była prawdopodobnie jedyną
grą, jaką miał i wiedział o tym. Umieszczanie w tobie strachu przed Bogiem
przez powiedzenie, że wróci, było po prostu jego sposobem na bycie większym dupkiem
niż już był. Jeśli zrobił coś Justice Lonesome, komukolwiek, ale konkretnie Justice Lonesome, coś, co miało trwały
koniec, musiał wiedzieć, że po tym paliłby mu się tyłek, w żaden sposób nie
mógłby tego uniknąć. Jest powiązany z twoją dziewczyną, nie może tego wymazać,
wykonał cholerny telefon z twojego telefonu, gliniarze to połączyli i by upadł
i on to wie. Dlatego zostawił to tak, jak było, zamiast kończyć to gówno, które
zrobiłby ci w inny sposób”.
„Okej,
słyszę cię” - powiedziała miękko.
Usłyszała
go, ale choć tak szorstko, jak jej to dawał, musiała usłyszeć więcej, aby
upewnić się, że to zrozumiała, więc ciągnął dalej.
„Dostarczył
wiadomość, którą chciał przekazać, a teraz musi wiedzieć, że masz zasoby, aby
każda przyszła gra byłaby wielką, pieprzoną porażką. Masz te zasoby, aktywowałaś
je, a nawet więcej. Miał swoją okazję. Wziął ją. Jeśli ma mózg w głowie, wie,
że chwycił tę szansę i musi dostać się do Bianki w inny sposób. Jak pokaże dziś
wieczorem lub kiedykolwiek, dopóki go nie złapią, jest godny nagrody Darwina.
Bo włamanie i wejście, napaść, groźby kryminalne i usiłowanie zabójstwa kupią
mu długą odsiadkę, a nie słyszałem, żeby mężczyzna był w stanie rozmnażać się
za kratkami jako suka z brutalem, który podchodzi mu do dupy”.
Jej
- „Masz rację, Słonko” - nadeszło natychmiast.
Ale
teraz jej głos był zdławiony i Deke zerknął w jej kierunku, by zobaczyć, że
walczy ze śmiechem.
„Mówię
coś śmiesznego?” - zapytał drogę, a potem ponownie skierował na nią wzrok.
„Właściwie
spodobało mi się użycie pojęcie nagroda Darwina
użyta w ten sposób”.
„Racja”
- uciął. Z jej humorem z powrotem, decydując się narysować kreskę pod te
bzdury, zapytał - „Teraz kupimy ci telewizor, piwo, podjedziemy do przyczepy,
żeby dostać nasze gówno, pojedziemy do twojego domu, ustawimy to, zamawiając
pizzę i relaksując się przy filmie?”
„Tak,
Deke, właśnie to robimy”.
„Masz
rację, właśnie to robimy” - mruknął z irytacją.
„Skończyły
mi się batoniki Baby Ruth” - powiedziała.
„Te
też dostaniemy”.
„Jaki
jest twój ulubiony batonik?” - zapytała, brzmiąc teraz po prostu zaciekawiona.
„To
pytanie jest dyskusyjne, ponieważ słodycze to słodycze i z definicji wszystkie są
niesamowite. Chyba że ma w sobie kokos. Wtedy to jest do bani”.
„Racja,
żadnych Mound ani Migdałowa Radość, ale mam ochotę na te nowe Cub Butterfinger.
Są jak Cub Reese, tylko Butterfinger. I są tak dobre, że myślę, że
przedefiniowali słowo niesamowite. Tak bardzo, myślę o rozpoczęciu kampanii
pisania listów, aby wszystkie batoniki zostały przerobione na kubki. Cub dla Baby
Ruth. 100 Wielkich Cub. Cub Snickers. Cub KitKat.”
„Cyganko,
rozmawiałem już dziś z tobą o małych psach i ich swetrach. Mam limit, ile
głupiego gówna mogę omówić w ciągu tygodnia, a to przeleciało tuż ponad ten
limit. Chcesz Cub Butterfinger, Baby Ruth, cokolwiek, zdobędę je dla ciebie. Do
czasu obniżenia się poziomu poniżej limitu nie będziemy o nich rozmawiać, a to
oznacza, że możemy kontynuować dyskusję o batonach i Cub w najbliższy weekend”.
„Okej,
Deke”.
Po
prostu ciągle i ciągle się śmiała.
Miał
ich z powrotem tam, gdzie zawsze byli, zrobił to, co zrobił z Jussy.
Skorzystał.
„Kupimy
ci osiemdziesięciocalowy telewizor” - oświadczył.
Jej
ręka drgnęła w jego, kiedy warknęła -„Nie kupimy”.
„Osiemdziesiąt
cali, HD, filmy będą wyglądać tak, jakbyśmy oglądali je w kinie”.
„Nie
będziemy w teatrze, kinie. Będziemy w mojej sypialni”.
Kurwa,
będą tam.
A
po tamtej nocy ich obecność na tym miejscu będzie miała inne znaczenie.
„Jesteś
dziana, Jussy. Jeśli dostaniesz mniej niż osiemdziesiąt cali, odbiorą ci
członkostwo w klubie Bogaty jak gówno”.
„Dawno
temu zrezygnowałam z tego członkostwa. Większość bogatych ludzi to dupki” –
mruknęła, a on wiedział, że znów wygląda przez boczne okno.
Poczuł
również ucisk żeber.
Większość bogatych ludzi to dupki.
Chryste,
tak.
Jakby
była dla niego stworzona.
„Osiemdziesiąt
cali, kotku”.
„Pięćdziesiąt,
Deke”.
Pieprzył
się z nią koło osiemdziesiąt.
Ale
pięćdziesiąt?
Czy
była oszalała?
„Nie
ma mowy” - odpalił - „Osiemdziesiąt”.
„Okej”
- westchnęła, po czym wyznała, że się nie poddaje - „Sześćdziesiąt”.
„Osiemdziesiąt”.
„Deke!”
„Justice”.
Zamknęła
się.
Dwie
minuty później podjechali pod wolnostojący sklep z elektroniką przed centrum
handlowym.
W
końcu kupili jej siedemdziesiąt cali.
Deke
uważał, że to dobry kompromis.
Justice
jasno dała mu do zrozumienia, że po prostu się poddała.
[1]
Quiche - rodzaj ciasta w formie placka składającego się ze słonego kruchego
ciasta i wytrawnego nadzienia zalanego jajeczno-śmietanową masą.
Dziękuję❤🔥
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńOto znów ja, aby Was poinformować, że o Deaconie Gatesie też jest książka (ta jest tłumaczona nieoficjalnie), ale definitywnie nie jest taka super jak o Calu ;)
OdpowiedzUsuńDziękuje za rozdział :)
OdpowiedzUsuńJuż nie moge doczekać się kolejnego rozdziału.
Dziękuję :)
OdpowiedzUsuńCudo! Dzięki wielkie 😁
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
OdpowiedzUsuńDziękuję ,mam pytanie - pod jakim tytułem jest książka o Calu oraz Deaconie Gatesie?Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńO Calu to ,,At Peace" (wersja tylko ang, choć monique zapowiadała, że może będzie tłumaczyć <3) natomiast o Deaconie, to ,,Deacon" (do tego jest nieoficjalnie tłumaczenie, ale należy mieć do niego wytrwałość i cierpliwość ;))
UsuńDeacon to jena z postaci w serii Unfinished Hero ( dokładnie to tom 4 )
UsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńJa uwielbiam wszystkie twoje tlumaczenia i czekam na niekazdego dnia :)