Rozdział
21
Nigdy
więcej (cz.1)
Deke
Deke
poczuł, jak Jussy kładzie dłonie na jego brzuchu, jej włosy opadają na jego
klatkę piersiową, gdy wyginała się w łuk, jej nektar zalewał mu usta, gdy dochodziła
na jego twarzy.
Przyjął
to, trzymał ją tam tak długo, jak mógł, zanim musiał dać sobie to, czego
potrzebował.
Chwytając
ją za biodra, pociągnął ją w dół swojej klatki piersiowej, zsunął z siebie i
wtoczył się w nią, ciągnąc ją do boku, plecami do siebie. Chwycił penisa,
przesuwając się w dół. Prowadząc kutasa, wjechał do środka, a kiedy ją wziął,
poczuł, jak gorąca i gładka jej cipka otula go, gdy wciąż dochodziła.
Wbił
pod nią jedną rękę i podniósł ją, by objąć jej gardło, pchając ją, gdy zginał
szyję, tak że jej głowa poszybowała w górę jego policzka, a włosy wplątały się
w jego brodę. Wtulił twarz w jej szyję, a drugą rękę włożył między jej nogi,
wpychając się, znajdując jej łechtaczkę palcem, przetaczając się mocno.
„Wracaj
tam, Cyganko” - warknął, wbijając się w jej ciasną cipkę, czując, jak jego
własny orgazm zbiera się w jego jądrach, w kutasie.
Dyszała
cicho, poruszając biodrami, by kołysać się w jego pchnięciach, jednocześnie
miażdżąc jego palce.
„Boże”
- szepnęła.
„Jedź
tam” - rozkazał.
„Boże”
- wydusiła.
„Mała…”
- wsunął rękę w jej gardło, aby owinąć ją pod jej szczęką - „jedź tam” - warknął.
Przycisnęła
głowę do jego ramienia, gdy przestała dyszeć i zaczęła miauczeć. Poczuł
przypływ wilgoci jej drugiego orgazmu otulający jego kutasa i nie mógł się powstrzymać.
Przesunął rękę spomiędzy jej nóg, by móc objąć ramieniem jej brzuch i powalić
ją na dół. Wjeżdżając poczuł słodkie uwolnienie, spermę tryskającą w jej
wnętrzu, jego świat zawężał się tylko do tego. Jego kutas zatopiony głęboko w
Jussy, jej śliska, przytulna, słodka, gorąca cipka ściskała go od nasady aż po
czubek, dojąc go do sucha, gdy poczuł, jak jej ciało drży, nie pod wpływem jej orgazmu,
ale moc jego ciała zabiera ją na przejażdżkę z jego orgazmem.
Zajęło
mu trochę czasu wyprowadzenie się z niego i równie powoli jego świat się
rozszerzył. Poczuł jej miękkość wtuloną w niego. Poczuł jej włosy. Posmakował
esencji jej skóry wpadającej do jego ust, gdy oddychał ciężko na jej szyi.
Słońce świeciło pod jego zamknięte powieki. Słyszał odgłos oddechów Jussy,
który zaczął się wyrównywać. Czuł dotyk jej miękkich prześcieradeł, twardego
materaca, rozgrzanych przez ich ciała.
Nie
usatysfakcjonowany tym, co dostawał, Deke poszedł wprost, dotykając językiem
jej skóry, próbując Jussy. Jego ręka wciąż na jej szczęce odepchnęła jej głowę
jeszcze dalej, gdy odwrócił swoją, przesuwając ustami w górę jej szyi, by
pracować tuż pod jej uchem, wiedząc, że podobało jej się to, co jej dawał, gdy
rozluźniała się w jego uścisku.
Przesunął
drugą ręką w górę jej brzucha, piersi, klatki piersiowej, szyi i z powrotem do
włosów. Zebrał je tam, wysoko, czując, jak plątanina loków ciągnie się po jego
klatce piersiowej i popchnął jej głowę do przodu, poruszając ustami, by
pracować na jej karku.
Zadrżała
przy nim, wyrwał się z niej cichy dźwięk, który poczuł, jak ściska jego jądra,
ale pozostała nieruchoma, biorąc to, co dawał, lubiąc to, jej cipka zacisnęła
się wokół jego wciąż zakorzenionego penisa.
Odsączył
palce z jej włosów i lekko uniósł głowę, przesuwając ustami do jej drugiego
ucha.
Zatopił
tam lekko zęby, smakując metal jej kolczyka, zanim puścił ją i wyszeptał -
„Kocham moją Cygankę”.
Dreszcz,
który to wywołało, był większy, wewnątrz i na zewnątrz, zmuszając go do
wciśnięcia bioder w jej tyłek, pogłębiając połączenie, które tracili, gdy twardość
opuszczała jego kutasa.
„Też
cię kocham, Słonko” - odszepnęła, odnajdując jego dłoń, zakrywając jej grzbiet
swoją, splatając swoje palce z jego palcami.
Deke
poruszył się natychmiast, by pocałować skórę w miejscu, gdzie jej ramię stykało
się z szyją, zanim usadowił się za nią, z twarzą w jej włosach, trzymając ją
blisko, robiąc to, aż w naturalny sposób wyślizgnął się z niej mokry, zmoczony
nim, zmoczony nią, nimi.
A
on nadal ją trzymał.
To
Jussy poruszyła się pierwsza, ale tylko po to, by odwrócić się w jego
ramionach, spojrzeć mu w twarz i robić to, co często robiła.
Przyglądała
się temu uważnie, ale, jak zwykle, nie trwało to długo, zanim to, co tam
znalazła, uspokoiło ją. Wtopiła się w niego i podniosła rękę, by lekko wbić
palce w jego brodę, gdzie je zostawiła.
Po
pieprzeniu, trzymając ją, ich ciszę, jej spokój, nie chciał wychodzić z tego
łóżka. Była sobota po skończeniu domu Jussy. Klient, dla którego pracował Max,
nie chciał mieć nadgodzin. Więc mieli cały weekend.
Również
nie mieli tego, bo nie marnowała czasu, zapraszając wszystkich o parapetówkę,
prezenty nie były dozwolone, a ona robiła kadź kurczaka Steph.
Nie
wspominając, że znał swoją dziewczynę. Seks pomógł jej pozbyć się porannego
nastroju. Ale go nie wykorzeniał.
„Chcesz
kawę?” - zapytał.
„Tak,
kochanie” - odpowiedziała.
„Chcesz
pancakesy?” - kontynuował.
Uniosła
brwi - „Umiesz robić pancakesy?”
„Kochanie,
kupiłaś Bisquick wraz ze wszystkim, co miał do zaoferowania sklep. Dodaj jajka,
mleko, wymieszaj, zalej, usmaż, zjedz. Nietrudne”.
Uśmiechnęła
się - „W takim razie tak, chcę pancakesy”.
Odwzajemnił
uśmiech, zanurzył się, przycisnął usta do jej ust i odsunął się - „W takim
razie zajmę się kawą i pancakes’ami. Umyj się”.
„Racja,
Deke”.
Uścisnął
ją, a następnie zgiął się ponownie, tym razem dotyk ich ust trwał znacznie
dłużej i zawierał zdrowy smak jego Cyganki.
Kiedy
skończył, obrócił się, uważając, by przykryć Jussy kołdrą. Wyciągnął swój tyłek
z łóżka, szarpiąc nią wyżej, wiedząc, że będzie leniuchować, nie godzinami, ale
tak długo, jak będzie potrzebowała.
Pochylił
się, chwycił swoje polarowe spodnie dresowe, które zdjął, by zerżnąć swoją
kobietę i wciągnął je. Następnie złapał ze stolika nocnego opaskę, którą Jussy
zawsze ściągała mu, kiedy pieprzyli się przed snem i użył jej do zabezpieczenia
włosów.
W
drodze do drzwi odwrócił się, żeby ją zobaczyć, pomieszany bałagan ciemnych
loków na łóżku i poduszce za nią, jej wzrok na nim, jej wygląd leniwy i słodki.
Podciągnęła
jedną stronę ust.
Odpalił
to samo, odwrócił się twarzą w stronę miejsca, do którego zmierzał i wyszedł z
pokoju.
Wchodząc
do jej otwartego salonu, Deke spojrzał w prawo i zobaczył, co Jussy stworzyła
ze swoim projektantem.
Mogła
mieć pomoc projektanta, ale to, co stworzyła, było po prostu Jussy.
Dwie
pełne kanapy po bokach kominka równolegle do domu, obie pokryte miękkim
wyblakłym dżinsem, cztery fotele z postarzanej brązowej skóry z mosiężnymi
guzikami zaznaczającymi ich krawędzie, dwa zwrócone plecami do drzwi
wejściowych, dwa poprzecznie z tyłu do kuchni.
W
kącie pod skosem przy frontowych oknach kolejna duża kanapa, smukła, w kolorze
ciemnobrązowym, z jednym czerwonym fotelem z jednej strony, jasnoniebieskim z
drugiej strony, z pasującymi podnóżkami, ale zamienionymi, niebieski przed
czerwonym fotelem, czerwony przed niebieskim.
Duży
kwadratowy stolik kawowy. Więcej stolików między fotelami i kanapami. Lampy
stojące dookoła, żeby nic nie przeszkodziło w postawieniu butelki piwa, szklaneczki
Burbona czy talerza ze skończonym jedzeniem.
Miała
kolejny siedemdziesięciocalowy telewizor zamocowany na niezłym uchwycie, który
wysuwał się, ustawiał pod kątem w górę, w dół i na boki. To była sugestia Deke’a,
dająca możliwość przyciśnięcia telewizora równo do ściany, aby był widoczny z
siedzenia przy kominku, lub ustawienia pod kątem tak, by był bliżej przestrzeni
narożnej i obserwowania go stamtąd, lub ponownie pod takim kątem, aby mógł być
widocznym z kuchni.
Drzwi
do jej pokoju muzycznego były otwarte, a ten pokój był pomalowany na czarno i
mógł zobaczyć jej gitarę na stojącym tam stojaku, wygiętą kanapę pokrytą skórą
w kolorze ciemnej czekolady i lśniącą. Miała tam również zakrzywione fotele z
kremowym spodem i nadrukiem zebry z przodu. Był tam duży dywan ze stonowanym
czerwonym wzorem. Do tego były skrzynie z ciemnego drewna o różnych rozmiarach,
w których znajdował się najwyższej klasy sprzęt stereo i głośniki, które
ustawiła, a także kolekcja płyt CD, które wysłała jej macocha, coś, co było drogie.
I wreszcie fotel w panterkę przed kobiecym, niemal delikatnym biurkiem, na
którym umieściła laptopa.
Przeszedł
do kuchni i zajrzał do otwartych drzwi jej jadalni. Jedna strona tego pokoju
była zakrzywiona i zajęta masywnym, okrągłym stołem otoczonym dwunastoma
krzesłami. Niektóre miały podłokietniki i owalne oparcia i były pokryte
tygrysim nadrukiem. Inne miały wysokie oparcia, opadające do wewnątrz, pokryte
aksamitem w kolorze czerwonego wina. Ostatnie, znowu z wysokimi wywinięte oparciami
z ciemnofioletową aksamitną tapicerką zapinaną na guziki.
Wybrane
przez nią żyrandole, oprawy oświetleniowe i inne oświetlenie były zrobione z
gałęzi lub żelaza, były to duże, wyraziste elementy, które wraz z całą resztą
przyciągały wzrok, więc nie wiedziałeś, gdzie patrzeć, ale to wszystko było
takie gówno, ty chciałeś ogarnąć wszystko na raz. Wliczając w to cztery wiszące
nad wyspą wisiorki, które kończyły się dużymi, wadliwymi, podłużnymi kulami,
które wyglądały prawie jak krople, szkło było dmuchane tak, że bąbelki były
uwięzione w środku.
Wyspa
była również otoczona sześcioma stołkami biegnącymi wzdłuż krawędzi, niskimi
oparciami, naprawdę głębokimi siedzeniami, wygodnymi i pokrytymi wzorem tureckim
paisley, który wprowadzał wszystkie kolory do gry. Bogata kolorystyka. Ciepłe
kolory. Rockowe kolory. Kolory Jussy. Czerwony, niebieski, brązowy, fioletowy,
czarny.
Na
podłodze leżały dywany i dywaniki (i w końcu jeden w jej sypialni, nawet jeśli
zajęło mu, Ty, Tate’owi, Bubbie i Chace’owi dużo siły, by podnieść jej ogromne
łóżko, podczas gdy Jussy i Lauren zwijały je pod spód). Wokół były rozrzucone
poduszki ozdobne, o których Jussy powiedziała mu, że to moher. Tu i tam
udrapowane owcze skóry. Miękkie, puszyste poduszki w każdym kształcie, jaki
można sobie wyobrazić w całym pieprzonym miejscu.
Nie
wspominając o tym, że każdy pokój na piętrze był umeblowany aż do pościeli i
ręczników w łazienkach. Tam jednak były draperie.
Na
dole Jussy miała swoje rzeczy, należące do jej ojca i dziadka, które czekała, po
pierwsze aż wyślą je mama lub macocha, a po drugie czekała, by skończyło się
nieznośne gówno, do które ciągnął jej przyrodni brat, by zdobyć je, aby mogła
je zamontować tam, gdzie chciała.
Kazał
też chłopcom zbudować tam podwójną platformę, biegnącą wzdłuż całej tylnej
przestrzeni. I zamówił podświetlane półki na książki dopasowane od ściany do
ściany, od podłogi do sufitu po obu stronach, sam wstawiając sufitowe
oświetlenie małych punktów, które miały uwydatnić gitary, gdy będą tam, gdzie
powinny być. Wszystko po to, by mogła pokazać te gitary oraz nagrody od dziadka
i ojca, którymi podzieliła się z Daną, a które były w posiadaniu jej ojca.
Deke
zatrzymał się przy lodówce ze szczotkowanej stali nierdzewnej i omiótł całą
przestrzeń.
To
była Jussy, od jednego końca do drugiego, od góry do dołu.
To
było wielkie.
Krzyczało
pieniądze.
A
poza swoją przyczepą nigdy w całym swoim życiu nie czuł się bardziej
zrelaksowany w przestrzeni.
Nie
czuł się, jakby to było jej. Ponieważ jego dłonie dotykały prawie każdego
centymetra, każdego pociągnięcia farby, każdego gwoździa i deski podłogowej – z
dodatkiem faktu, że nie wybrała ani mebla, nawet cholernej ozdobnej poduszki
bez jego zgody – czuł, jakby to było ich.
Jego
matka nigdy nie miała domu. Nawet gdy żył jego ojciec. Wynajmowali,
oszczędzając i żyjąc skromnie, by kupić, kiedy mieliby okazję i te oszczędności
były jedynym powodem, dla którego była w stanie utrzymać dach nad jego głową
przez miesiące, które zajęła jej żałoba, a jednocześnie znalazła pracę.
Teraz
czuł się, jakby był w domu.
Nie
dał ani grosza na dom Jussy, ale jego energia i pot połączyły wszystko.
Nie
chodziło nawet o to.
To
była Jussy, prawie od samego początku - zanim pospieszyli, żeby być razem -
sprawiała, że czuł, jakby to była jego przestrzeń, część niego, tak jak była
częścią niej.
Deke
czuł to w sposób, który znał, że, kiedy wrócą z drogi, by osiedlić się na zimę,
on pójdzie nad swoje jezioro. Będzie łowił ryby. Zabierze swoją kobietę do
przyczepy, żeby była z nim, będzie pieprzył ją tam, pozwalał jej odcisnąć
piętno gównem, które zebraliby po drodze, wbijając jej część w jego historię,
która teraz zaczynała być ich historią na sufit, ściany.
Ale
właśnie tu byliby, żeby Jussy mogła mieć ojca blisko siebie przez jego gitary i
całe inne jego gówno, a Deke mógł być w miejscu, które jej dał – nie oferując
go za pieniądze – składając to w całość, ponieważ to była jego praca.
I
w ten sposób mógł dać jej to, czego potrzebowała.
Otrząsnął
się ze swoich myśli, tak dobrych jak były, ponieważ musiał zaparzyć swojej
kobiecie kawę.
Nastawił
ekspres, wyjął Bisquick, jajka i mleko i sięgał po miskę do mieszania z
szuflady, kiedy usłyszał, że ktoś przejeżdża jej podjazdem.
Spojrzał
na frontowe drzwi, wiedząc, że to może być każdy.
Nawet
jeśli wszyscy zostali zaproszeni do jej domu na ten wieczór, nie oznaczało to,
że jedno (lub kilkoro z nich) nie będzie przy jej drzwiach z jakiegokolwiek
powodu, dla którego potrzebowaliby Jussy.
Tak
to właśnie działało. Jussy była teraz częścią Carnal, a kiedy ludzie z Carnal
cię zaakceptowali, tak się działo.
Deke
zostawił gówno na wyspie, obszedł marmur i skierował się do drzwi.
Otworzył
je i stanął w nich. Słońce świeciło jasno na niebie. Śnieg, który leżał na
ziemi, przetrwał środowy chłód, a następnie zniknął w czwartek po południu, po
tym, jak ciepło wróciło, co oznaczało, że dynie jego kobiety znów wyszły na
zewnątrz.
Na
podjeździe stał lśniący czarny Escalade.
Wysiadła
z niego kobieta, długie nogi, wielki tyłek, duża głowa o kasztanowych włosach,
profil, który był lustrem Jussy.
Odwróciła
się do niego całą twarzą w okularach przeciwsłonecznych. Nie widział jej oczu,
ale wciąż wiedział, że to Joss.
Zatrzasnęła
drzwi i w butach na wysokim obcasie, z zaokrąglonymi biodrami ubranymi w
wyblakły dżins, w kobiecej kurtce z owczej skóry, która wyglądała na oderwaną
od Carly Simon i przeniesiona prosto z lat 70 na ramionach, z ogromnymi okularami
przeciwsłonecznymi zasłaniającymi je oczy, poruszała się po żwirze, jakby
ślizgała się z gracją po lodzie.
Kiedy
wyczuł ruch, Deke przeniósł uwagę na mężczyznę okrążającego maskę SUV-a. był wysoki,
bardzo chudy, jego głowa była masą długich, splątanych, poskręcanych na czubku,
brudno blond włosów. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, która miała wiele
zamków i zatrzasków z dyndającym paskiem na dole, czarne dżinsy, buty
motocyklowe z pierścieniami po bokach i czarne okulary zasłaniające oczy.
Roddy
Rembrandt.
Rodzina
Jussy zjechała bez uprzedzenia.
Kurwa.
Nie
poruszył się, nawet gdy weszli na frontowy chodnik i zatrzymali się przed nim.
„Jezu,
jesteś dużym chłopcem” - mruknęła mama Jussy.
A
patrząc na nią z bliska, Deke był wprost oszołomiony.
Ani
zmarszczki nie było na jej twarzy. Okulary wciąż miała założone, więc nie mógł
zobaczyć jej oczu, ale z tego, co mógł zobaczyć, wiedział, że kobieta ma
pięćdziesiąt trzy lata, a wyglądała, jakby nie miała nawet czterdziestki.
„Jesteś
Joss” - stwierdził.
„Tak”
- oświadczyła - „A ty jesteś Deke”.
„Tak”
- odpowiedział, przeniósł swoją uwagę poza nią na Rembrandta, który stał blisko
pleców swojej żony i przywitał się - „Rembrandt”.
„Koleś”
- przywitał się mężczyzna.
Deke
odsunął się, otwierając dalej drzwi, co oznaczało, że powinni wejść.
Bez
wahania weszli od razu.
Zamknął
za nimi drzwi i odwrócił się, widząc, że byli już w środku, zwróceni twarzami w
jego stronę.
Mama
Jussy wsunęła okulary przeciwsłoneczne we włosy i zobaczył szare oczy, a nie
brązowe Jussy, i nadal żadnych zmarszczek.
Były
wymierzone w jego klatkę piersiową.
A
usta miała wywinięte ku górze.
„Jussy
leniuchuje” - powiedział - „Rozwalę jej tyłek” i wezmę pieprzoną koszulkę „Kawa jest włączona. Zdejmijcie okrycia,
wejdźcie, rozgośćcie się. Wrócę”.
Rembrandt
zatrzymał okulary przeciwsłoneczne, jak najwyraźniej robili rockowcy, nawet wewnątrz,
ale nie zawahał się zrzucić kurtki.
Kiedy
to zrobił, Deke zobaczył koszulkę z długim rękawem, która widziała lepsze
czasy, była wyblakła z pierwotnej czerni do ciemnoszarej i miała duże, popękane
białe litery z przodu, które mówiły: TO TYLKO ROCK AND ROLL. ALE TO LUBIĘ.
Joss
wciąż się do niego uśmiechała.
Jezu.
Deke
poruszył się i był w połowie drogi do drzwi prowadzących do tylnego korytarza,
kiedy wyszła z niego Jussy, ubrana w nową parę niedorzecznej piżamy, którą
wyjęła z pudełka, które przywieziono poprzedniego dnia po zamówieniu
internetowym.
Długie
spodnie, marszczone w kostce, brzoskwiniowo-kremowe z jasnym haftem na przedzie
bioder i na dole nogawki, w pasie tak luźne, że nie zostały w talii, ale wisiały
na szczytach bioder. Top, obcisła koszulka termoaktywna w kolorze wojskowej
zieleni z oszałamiającym wzorem w gwiazdy, która w żaden sposób nie pasowała do
spodni, ale grała z nimi.
Deke
nauczył się patrzeć na jasną stronę niektórych ubrań Jussy. Dużo było
fantastyczne, bo pokazywało cycki, nogi lub, jeśli się zbliżył, majtki i/lub
stanik. W pozostałej części zawsze było w tym coś dobrego, nawet jeśli musiał
kopać, żeby znaleźć dobro.
To
nie był wyjątek. Top był dopasowany do jej piersi, które wyraźnie nie były
związane stanikiem. Spodnie miały rozcięcia na całej długości od marszczonego
dołu do pasa.
W
łóżku i poza nim jego ręka mogła znaleźć się w bardzo dobrych miejscach z
rozcięciami w tych spodniach. A zaczynając jakieś pięć minut po tym, jak
założyła je zeszłej nocy, tak się stało. Prawie tak samo dobre było to, że jej
sutki prześwitywały przez koszulkę, ją gówno to obchodziło, jemu podobał się
widok i lubił to.
„Uch…
co do cholery?” - zapytała, jej wzrok był skierowany poza Deke’a na matkę i
ojczyma.
„Niespodzianka”
- odpowiedziała Joss przeciągając słowo.
Twarz
Jussy wykrzywiła się.
Deke
zatrzymał się u jej boku i położył rękę na jej brzuchu.
Skierowała
na niego swój wkurzony wyraz twarzy.
„Jak
widzisz, twoja rodzina jest tutaj. Założę koszulkę. Zrobię pancakesy dla
czterech osób. I wszystko jest w porządku” - stwierdził.
Najwyraźniej
się nie zgadzała.
Więc
przycisnął dłoń lekko do jej brzucha i powtórzył - „Wszystko w porządku, Cyganko”.
Wzięła
wdech, a robiąc to ciągnęła go, co oznaczało, że Jussy składała swoje gówno do
kupy.
Widząc
to, Deke puścił ją i ruszył dalej.
Ale
odkrył, że nie poskładała całkowicie swojego gówna do kupy, bo słyszał, jak jej
matka pyta - „Moja córeczka przyjdzie i uściska mamę?”
„Tak,
przyjdzie, bo cię kocha. Ale najpierw zapyta, czy ty i Roddy macie połamane
wszystkie palce, że nie mogłaś do mnie napisać SMS-a, żeby powiedzieć, że masz
zamiar pokazać się tak wcześnie w pieprzony sobotni poranek”.
To
wszystko, co usłyszał, zanim znalazł się w jej pokoju, a głosy stały się mniej
wyraźne.
Więc
uśmiechał się, kiedy wszedł do jej pokoju.
Złapał
swój własną koszulkę termiczną, założył ją i przeniósł swój tyłek z powrotem
tam, gdzie była Jussy z rodziną.
Kiedy
tam dotarł, zobaczył, że kurtka Joss z owczej skóry jest zdjęta, a jej torba
rzucona na jedną z dżinsowych kanap. Odsłoniło to jaskrawoczerwoną koszulkę, z ledwie
widocznymi rękawami i cholernie fajnym chińskim smokiem wyszytym z przodu.
Kurtka
Rembrandta też leżała na kanapie, a Jussy go przytulała. Był nerwowy, krótki,
zirytowany, ale nadal był to uścisk.
Usta
Deke’a wykrzywiły się, gdy podszedł do boku kanapy naprzeciwko nich i oparł się
o nią.
Jussy
wyrwała się z ramion Rembrandta i odwrócił się w stronę Deke’a.
„Zakładam,
że poznaliście Deke’a” - zauważyła, wyciągając do niego rękę.
„Poznaliśmy”
- odparła Joss.
„A
Deke jest łagodnym facetem, więc zawsze jest wyluzowany, więc nie mogę od niego
się dowiedzieć, czy byłaś spoko, kiedy go poznałaś” - kontynuowała Jussy.
Oczy
Joss zwęziły się na córce - „Jesteśmy tu ledwie pięć minut, dziewczyno i ledwo powiedziałem do niego pięć
słów”.
Jussy
uniosła brwi do matki, nie tracąc ani chwili - „A czy te pięć słów było spoko?”
Joss
wydawała się szykować do ciosu, kiedy Rembrandt ominął kanapę, oparł się
plecami o oparcie i opadł na nią, wciąż mając na sobie okulary
przeciwsłoneczne, ogłaszając - „Przylecieliśmy nocnym lotem. Mam pieprzonych
sześć pieprzonych walizek, cztery wypełnione twoim gównem, Jussy, w tym SUV’ie.
Sam walczyłem z tym gównem, bo twoja matka chciała przybyć bez świty” - powiedział to, jakby to ostatnie było najważniejszą
kwestią sporną między Joss i Roddym - „Teraz jestem zmęczony do głębi,
potrzebuję kawy, jedzenia, żeby bzyknąć żonę, a potem zemdleć”.
„Rod!”
- warknęła Joss.
„Co?”
- zapytał, patrząc na nią przez okulary przeciwsłoneczne ze swojej pozycji na
kanapie - „To wszystko się nie wydarzyło?”
„Wszystko
się wydarzyło, ale może byś nie głosił przed nowym mężczyzną Jussy, że
zerżniesz swoją żonę. Teraz ta konkretna część się nie wydarzy” - odpowiedziała
Joss.
„Ten
gość to koleś” - odpalił Rembrandt, odwracając głowę na kanapie, by spojrzeć na
Deke’a - „Wielki koleś” - Skierował swoje okulary z powrotem na żonę - „My,
kolesie, nie obrażamy się z powodu takiego gówna. On jest spoko”.
„Więc,
powiedzmy, że Jussy nie ma ochoty nieść ze sobą wiedzy, że jej łóżko w pokoju
gościnnym zostanie ochrzczone przez jej ojczyma, który wypieprzy jej mamę” -
odparła Joss.
„Jussy
jest fajniejsza niż jej koleś, wiem to na pewno” - wymamrotał Rembrandt, co
było absolutnie poprawne, a zrobił to, składając ręce na piersi, jakby był
wampirem w trumnie, z wyjątkiem tego, że jego trumna była kanapą, jego nogi
zwisały z boku.
Deke
świetnie się bawił, kontrolując swoją potrzebę wybuchu śmiechu.
Spojrzał
z Rembrandta na swoja Cygankę i stwierdził, że ten wysiłek był łatwiejszy, gdy
zobaczył jej pochyloną szyję, zgarbione ramiona i potrząsanie głową z boku na
bok.
„Mała”
- zawołał cicho.
Podniosła
głowę i spojrzała na niego.
„Jestem kolesiem, ale wiesz, że jestem
fajny”.
„Potrzebuję
kawy” - odpowiedziała.
„Mam”
- mruknął, odwrócił się i przeszedł do kuchni.
„Słyszałem
naleśniki?” - zawołał Rembrandt.
„Po
kawie, Roddy” - oświadczyła Jussy, a kiedy to zrobiła, Deke wiedział, że idzie
w jego kierunku.
„Rod,
podnieś się i przynieś walizki” - rozkazała Joss.
„Pieprzyć
to” - odpowiedział - „Nic w nich się nie zepsuje. Mogą poczekać do mojej
drzemki”.
„Rod…”
„Wezmę
je po naleśnikach” - wtrącił się Deke, wsuwając palce w jeden z nowych kubków
Jussy, a drugą sięgając w stronę dzbanka.
„Pomogę” zadecydowała Jussy.
„Nie,
nie pomożesz” - powiedział jej.
„Tak,
pomogę” - odpowiedziała.
„Justice”
- powiedział nisko.
Spojrzała
mu w oczy, westchnęła i podeszła do lodówki, niewątpliwie po śmietankę.
„Proszę
swoją ze śmietaną, bez cukru” - oznajmiła Joss.
„Moją
czarną i mam nadzieję, że, to pieprzone gówno jest mocne” - zawołał Rembrandt z
kanapy.
„Rod,
zechcesz ograniczyć język?” - zasugerowała Joss, przesuwając swój treściwy
tyłek na stołku barowym, robiąc to z torsem skręconym do kanapy.
Odwracając
swoje okulary w stronę żony, Rembrandt odpalił - „Kotku, ten koleś to koleś. Zrelaksuj się”.
Joss
zwróciła się do córki, mówiąc - „Wiedziałam, że nie powinnam go przywozić”.
Deke
podał Jussy kubek, widząc po jej profilu, że się zgadzała.
Powstrzymał
chichot i sięgnął po kolejny kubek.
„Jak
myślałaś, że dałbym się pominąć w oglądaniu chłopca Jussy, przypomnij sobie, co
powiedziałem ci, kiedy próbowałaś wykluczyć mnie z tej podróży” - powiedział
Rembrandt.
Deke
nalewał i przez niego usłyszał słyszalne westchnienie Jussy.
Chryste,
nie nazywano go „chłopcem”, odkąd durny pracodawca jego matki odnosił się do
niego tylko w ten sposób od czasu, gdy rozumiał angielski do dnia, w którym
skurwysyn zwolnił jego mamę.
Myślał
to i nadal, gdy Rembrandt to robił, Deke poczuł, jak jego usta drgają.
„Abym
się nie wkurzyła, oficjalnie ignoruję cię przez następne pół godziny” -
powiedziała Joss swojemu mężowi.
„Ja
się z tym zgadzam” - mruknął jej mąż.
Deke
nie mógł powstrzymać zduszonego dźwięku, który był połkniętym śmiechem.
„Tak
bardzo będziemy potrzebować więcej kawy” - wymamrotała Jussy.
Zwrócił
się do niej z uśmiechem.
Złapała
to, jej twarz złagodniała i odwzajemniła mały uśmiech.
„Dziewczyno,
przynieś tu swój tyłek” - rozkazała Joss - „Usiądź przy mamie. I opowiedz mi o
tym miejscu, które… jest… w porządku.
Jadalnia, córeczko… inspirująca”.
Spojrzenie
Jussy pozostało na nim, zanim przeniosła się do swojej matki.
Minutę
później Deke przesuwał swój kubek przez wyspę w kierunku Joss, która teraz miała
Jussy na stołku u jej boku, kiedy spojrzała na niego.
„Nie
pozwoliła mi przyjechać. Musieliśmy ją zaskoczyć. Poprosiła o jakiś czas.
Daliśmy jej trochę czasu. Czas się skończył. Jestem pewien, że to rozumiesz”.
Nie
prosiła o potwierdzenie. Mówiła mu, żeby lepiej to rozumiał, bo tak było, z
więcej powodów niż fakt, że tam byli.
„Rozumiem.
I wszystko jest w porządku. Niedługo napije się w niej kawy, poprawi poranny
nastrój i też to zrozumie”.
Deke
odpowiedział, odsuwając się od wyspy, by wrócić do kubków.
„Jest
przystojny” - powiedział otwarcie Joss.
„Proszę,
nie mów o nim, jakby go tu nie było” – odpowiedziała Jussy.
„Jesteś
przystojny” – stwierdziła głośno Joss, ten Deke wiedział, że było to wycelowane
w jego plecy.
„Wdzięczny”
- wymamrotał, a słowo to brzmiało jak torturowane, ponieważ była to tortura, która polegała na
próbie powstrzymania się od śmiechu.
„I
jest duży” - ciągnęła Joss - „Jesteś duży” - zawołała natychmiast, żeby Jussy
się tym nie przejmowała.
„Chociaż
już ci to powiedziałam”.
Odwrócił
się i spojrzał na nią - „Powiedziałaś”.
Potem
zaczął iść z napełnionym kubkiem w kierunku Rembrandta na kanapie.
„Powiedziałaś
mu, że jest duży?” – zapytał Jussy.
„Kochanie,
stał w drzwiach, kiedy tu przyjechaliśmy. Nie mogłam tego przegapić. Na stacji
kosmicznej są ludzie, którzy tego nie przegapili”.
Miał
na sobie oczy Rembrandta, więc dostrzegł duży, profesjonalnie wybielony
uśmiech, który mężczyzna miał na to, czemu Deke nie mógł się odgryźć.
„Nie,
masz rację. Nie da się tego przegapić. Ale to nie znaczy, że powinnaś coś o tym
powiedzieć” - odparła Jussy.
„Powiedziałam,
a on nie dbał o to”.
Ton
Jussy zaostrzył się, kiedy zauważyła - „Więc nie byłaś spoko w tych pięciu słowach, które mu powiedziałaś”.
„Justice,
wypij swoją kawę. Powrócimy do komunikacji za pięć minut, kiedy kofeina zacznie
przenikać przez twój system” - oświadczyła Joss.
Deke
uważał, że to dobra decyzja.
„Dzięki,
stary” - mruknął Rembrandt, gdy Deke podał mu kubek.
Nie
czekał, aż mężczyzna zacznie się podnosić, żeby wziąć łyk. Wrócił do kuchni.
Zanim
rozmowa została wznowiona, nalał sobie własnego kubka.
„Jak
długo zostaniecie?” - zapytała Jussy matkę.
„Mam
spotkanie z klientem w poniedziałek po południu. Rod też ma gówno. Więc musimy
wyjechać w niedzielę późnym popołudniem”.
Patrzył,
jak jego kobieta ponownie opada barkiem. Teraz, kiedy tam byli i przeszła przez
irytację niespodzianką, którą jej zrobili swoim pokazaniem się i tym, dlaczego
to zrobili, nie podobała jej się krótka wizyta.
„Chociaż
to miejsce to… pieprzone… gówno” -
zawyrokował Rembrandt z kanapy - „Całkowicie tu wrócimy”.
„Ale
następnym razem damy ci znać” - powiedziała cicho Joss do córki.
To
były i nie były przeprosiny.
I
kiedy Deke obserwował ją, jak wracał do miski, widział, jak jego Cyganka
akceptuje to, robiąc to bezgłośnie.
„Stary,
jak bierzesz się za pancakesy, żeby powiedzieć, lubię moje ciasto, mam na myśli
średnio wysmażone w środku” - Rembrandt złożył zamówienie.
Deke
spojrzał na Jussy i uśmiechnął się.
Odwzajemniła
uśmiech, kręcąc głową.
Joss
obróciła się w stronę kanapy.
„Po
pierwsze, Rod, on nie ma na imię koleś,
to Deke. Po drugie, nie jesteś w
restauracji. Jesteś w domu Jussy”.
„Myślałem,
że mnie ignorujesz” - zauważył Rembrandt.
„Kurwa,
zapomniałam” - mruknęła Joss.
Deke
nie mógł na to poradzić. Jego ramiona się zatrzęsły, nie udało mu się go
powstrzymać i wypuścił chichot.
„Choć
wiesz, ja jestem normalna” - stwierdziła Joss - „On nie jest, ale jestem tak
normalna, że często mogę nas zrównoważyć. Nie jestem w stanie tego teraz
zrobić, bo jego nienormalność jest w nadbiegu, ponieważ jest zmęczony, głodny i
napalony”.
Jussy
spojrzała w sufit.
Ramiona
Deke’a wciąż się trzęsły, gdy jego śmiech stawał się głośniejszy.
Spojrzał
podczas tego na Joss i zobaczył piękność, która nawet nie zaczęła blednąć w
taki sposób, że w wieku siedemdziesięciu lat będzie tą zajebistą suką, na którą
patrzyły dwudziestoletnie dziewczyny i przysięgały, że będą jak ona, kiedy dorosną
do tego wieku.
To
dobrze mu wróżyło, bo już wiedział, że przekazała to jego dziewczynie.
Kiedy
jego śmiech ucichł, powiedział - „Bez obrazy, ale ty też nie jesteś normalna,
Joss. Ale wystarczy powiedzieć, że to dobrze. Normalne jest do bani”.
Joss
przyjrzała mu się i nie spieszyła się z tym, zanim zwróciła się do córki i
powiedziała - „Wyrażam wstępną aprobatę”.
„Jak
potrafi zrobić ciastowaty pancakes, wyrażam pełną aprobatę” - zawołał Rembrandt
z kanapy.
Wtedy
właśnie to usłyszał, chichot Jussy, który zaczął się tak, jak zawsze się
zaczynał, z brzęczącym dźwiękiem, zanim stał się pełnym śmiechem.
A
potem Deke patrzył, jak upadła na matkę, która złapała ją w ramiona, gdy Jussy
owijała swoje wokół Joss.
„Jesteś
wrzodem na moim tyłku” - powiedziała w szyję swojej mamy głosem stłumionym
przez gównianą tonę kasztanowych włosów, które ustępowały tylko włosom jej córki
- „Ale cieszę się, że tu jesteś”.
Deke
obserwował, a kiedy to robił, Joss Rembrandt nie uzyskała jego wstępnej zgody.
Uzyskała
pełną, za sposób, w jaki jej profil łagodniał, miłość nasycała jej twarz, jej
oczy powoli zamykały się w sposób, który wyglądał, jakby potrzebowała tego, by
w pełni skupić się na chwili błogości, a jej ramiona wyraźnie się zacisnęły.
„Tęskniłam
za tobą, dziewczynko”.
„Też
za tobą tęskniłam, Joss”.
Trzymały
się siebie.
Deke
odwrócił się od matki i córki, aby znaleźć miarki.
*****
Dziękuje za rodzinny rozdział :)
OdpowiedzUsuńŁał😍
OdpowiedzUsuńDziękuję ❤️
OdpowiedzUsuń