Rozdział
4
Sandwich
z żeberkami
Justis
Kiedy
Deke walnął w drzwi następnego ranka, otworzyłam mu i zamiast powitania, pokazałam
palcem na nos i zapytałam - „Widzisz to?”
Jego
spojrzenie zwęziło się i odciął w odpowiedzi - „Mam oczy, prawda?”
„Cóż,
dzięki tobie…” - odwróciłam palec i
dźgnęłam go w jego stronę - „…nadal jest tam, gdzie powinien być i nie odmarzł
zeszłej nocy” - posłałam mu szeroki uśmiech, który nawet nie wiedziałam, że mam
w sobie, żeby dać wcześnie rano i krzyknęłam - „Uwielbiam izolację!”
Przez
chwilę wpatrywał się we mnie bez wyrazu.
Wtedy
coś zapaliło się w jego piwnych oczach, wiedziałam, że mogłabym pławić się w
jego cieple przez całą wieczność (więc udałam, że tego nie widziałam, chociaż
zrobiłam to słabo, ale wystarczająco, by zwalczyć pragnienie pochylenia się i,
powiedzmy, dotknięcia ust jego, aby zobaczyć go z bliska).
I
dał mi więcej.
„Jesteś
trochę szalona, Cyganko”.
Powiedział
to tak, jakby myślał, że to nie jest zła rzecz, z pięknym niuansem pokrywającym
dudnienie w jego głosie, w którym ja też mogłabym wygrzewać się przez
wieczność.
Udawałam,
że też tego nie słyszałam, cofnęłam się, pozwalając mu wejść, i dalej szłam w
kierunku holu do garażu, mówiąc to - „Kawa jest, przyniosę twoją”.
„Jus”
- zawołał, a ja zatrzymałam się i odwróciłam do niego - „Max mówi, że chcesz,
żeby taras był skończony?”
„Tak,
masz coś przeciwko?” - zapytałam - „Wygląda niesamowicie. Nie zamierzam spędzać
czasu w pomieszczeniu gospodarczym, więc fajnie będzie mieć kolejne miejsce na
zmianę”.
Pokiwał
głową - „Zajmę się tym”.
„Doceniam,
Deke”.
Ruszył
w kierunku szklanych drzwi osadzonych w szklanej ścianie, które teraz, dzięki
Deke’owi, prowadziły na tylny taras.
Poszłam
do garażu po kawę.
*****
Półtorej
godziny później wykąpana, ubrana i gotowa do drogi do miasta, by poszukać
miejsca z Wi-Fi, abym mogła poradzić sobie z przychodzącymi e-mailami
(konkretnie tymi od mojego projektanta wnętrz), otworzyłam drzwi prowadzące na
tylny taras.
I
do Deke’a.
Znowu
podziwiałam sposób, w jaki ułożono deski w jodełkę, dzięki czemu były o wiele
ciekawsze, a robiłam to, aby nie podziwiać mężczyzny pracującego przy
balustradzie.
Nie
musiałam do niego wołać. W chwili, gdy otworzyłam drzwi, przestał robić to, co
robił, żeby na mnie spojrzeć.
„Hej”
- przywitałam się, wychodząc.
Uniósł
brodę.
„Jadę
do miasta” - powiedziałam mu, zatrzymując się kilka kroków za drzwiami - „Potrzebujesz
czegoś?”
„Nie”
- odpowiedział.
To
mnie zaciekawiło.
„Przywozisz
lunch w swoim pickupie czy coś?” - zapytałam.
„Tak”
- odpowiedział.
Łał.
Deke zabierał lunch.
Teraz
byłam zaskoczona i ciekawa.
„Wodę?”
- kontynuowałam.
„Tak”
- powtórzył.
„Zimną
wodę?” - pchnęłam.
„Wystarczająco
zimną”.
Pfff.
Nie musiał przywozić wody.
Skrzyżowałam
ręce na piersi - „Koleś, możesz się poczęstować wodą, która jest w lodówce.”
„Wystarczy
mi, Jus”.
„Co
dzisiaj na lunch?” - zapytałam.
„Pieczeń”.
„Mniam”
- powiedziałam.
Wpatrywał
się.
Potem
zapytał - „Lubisz pieczeń?”
„Cóż,
na zimno, mogę to wziąć lub zostawić. Usmaż to, aż będzie tylko trochę przypalone z odrobiną amerykańskiego sera i połóż na
toście z mnóstwem żółtej musztardy, pyyy-ychotka”.
Spojrzał
ponownie, tym razem bez słowa.
„Co
miałeś wczoraj na lunch?” - spytałam wciąż przepełniona ciekawością, jak
niestety, chyba zawsze będę, jeśli chodziło o Deke’a.
„Pieczeń”
- powtórzył.
„Deke,
potrzebujesz różnorodności”.
„Nie
jestem pewien co do twojej zdolności widzenia, Jus, ale właściwie nie marnuję”.
To
była prawda.
Uśmiechnęłam
się do niego.
To
sprawiło, że wyglądał na dziwnie zirytowanego.
Postanowiłam
to zignorować i zająć się swoim rankiem.
Właśnie
to zrobiłam, odwracając się, ale mówiąc głośno - „Przyniosę ci kanapkę z
delikatesów”.
„Nie
przynoś mi kanapki” - powiedział głośno w odpowiedzi.
Stałam
w otwartych drzwiach i spojrzałam na niego przez ramię - „I chipsy. Może
ciastko”.
„Jus…”
Wślizgnęłam
się do środka, zamknęłam drzwi i przeszłam przez powierzchnię pokrytą
kremowobiałą pianką, by złapać laptopa, wyjść za drzwi i do pickupa.
*****
Jedyną
firmą, którą zauważyłam, z informacją o bezpłatnym Wi-Fi (i to nie było tylko darmowe
Wi-Fi, było napisane ♥♥♥ BEZPŁATNE
WI-FI!!!! ☺☺☺),
była kawiarnia Carnal La-La Land
Coffee.
Więc
trafiłam tam, bo mogłam skorzystać z latte i z Wi-Fi.
Weszłam
i wiedziałam, dlaczego Krys nazwała mnie Wolnym Ludem.
Znała
różnicę między boho a hipisem.
To
dlatego, że koleś i laska za ladą byli tak hipisami, że zastanawiałam się, czy
mają wehikuł czasu.
„Hej”
- zawołałam, podchodząc do nich, zauważając, że dziewczyna robi coś przy kasie,
ale koleś z bandaną owiniętą wokół czoła i okrągłymi okularami z niebieskimi
soczewkami wpatrywał się we mnie.
Podniosła
wzrok i zauważyła mnie.
Żadne
z nich się nie poruszyło, łącznie z ustami do powitania mnie.
Zatrzymałam
się przed ladą, sprawdzając ich wygląd i wiedząc, że odlot jest gotowy.
To
było naprawdę miłe, że trwał tak długo.
„Hej”
- powiedziałam ciszej.
„Jesteś
Justice Lonesome” - stwierdziła dziewczyna.
„Jestem,
kochanie” - potwierdziłam.
„Superowo”
- wyszeptał facet z czcią.
„Ja…
ja… ja…” - wyjąkała dziewczyna, po czym się zamknęła.
Potem
oboje milczeli.
Podeszłam
bliżej i, aby przełamać niezręczność, powiedziałam - „Byłoby super, gdybym mogła
skorzystać z Wi-Fi i zrobić to, pijąc latte o smaku toffi z jedną z tych
karmelowych babeczek toffi”.
Pochyliłam
głowę w stronę gablotki, która wyglądała na zapełnioną wyrobami z piekarni
Heaven’s.
„Toffi
jest dzisiaj moim tematem, kochanie” - powiedział koleś, jakby był robotem.
Uśmiechnęłam
się - „To fajne, bo to uwielbiam. Teraz wiesz, że jestem Jus. Może mi powiesz,
kim jesteście?”
„Shambala,
Shambles” - powiedział facet. Przysunął się bliżej laski - „To moja dziewczyna,
Sunray Goddess, Sunny”.
Totalni
hipisi.
Polubiłam
ich natychmiast.
I
to było źródło kawy Deke’a.
„Ty…
ty… Ogniwa siatki to Shambles i ja”.
To
wyszło od Sunny i spojrzałam na nią, starając się pozostać luźną i opanowaną,
zamiast się napinać i świrować.
Ogniwa siatki.
Piosenka
Deke’a.
„Obrócona
w pył, kruszę się jak rdza, zapamiętywanie ciebie, jedyna słuszna rzecz” -
kontynuowała.
„Uwielbiam
to” - powiedziałam łagodnie.
Nagle
zaskakująca ilość łez wypełniła jej oczy, wskazując, że była trochę wytrącona z
równowagi czymś w muzyce Justice Lonesome lub wskazując na coś innego.
„Dziękuję,
że powiedziałaś mu to, czego nie ja mogłam mu powiedzieć” - wyszło w postaci bełkotu,
zanim pobiegła wzdłuż blatu, znikając za drzwiami z tyłu.
Patrzyłam,
jak to robi, ale obejrzałam się czujnie, gotowa do startu, jeśli zaszłaby taka
potrzeba, kiedy Shambles zajął jej miejsce przy kasie.
„Okej,
w porządku, to było dziwne, ale mam nadzieję, że zostaniesz, bo muszę iść za
nią, a naprawdę chcę zrobić ci latte,
kiedy wrócę” - Zaczął się ruszać, ale odwrócił się do mnie i podzielił się w
cichym pośpiechu, z twarzą wykrzywioną w sposób, który sprawił, że moje serce
zamarło, a jego następne słowa wyjaśniały ten wygląd - „Została zaatakowana. Zraniona
naprawdę mocno. To ją popieprzyło. Nie traktowała mnie przez to naprawdę
dobrze. Twoja muzyka pomogła. Dziękuję ci”.
Potem
wystartował.
Stałam
tam, gdzie byłam, doświadczając jednej z wielu rzeczy, które nie wydawały się
ruchomymi piaskami w tym życiu, które zostawiłam za sobą.
Doświadczając
czegoś tak pięknego, że mogłabym bez końca bawić się tekstem piosenki i nie
zrobić tego dobrze.
Doświadczając
łączenia się z kimś w tak znaczący sposób, że podzieliłam się tym, jak wszyscy
byliśmy połączeni przez różne źródła. Muzyka. Książki. Sztuka. Kino.
Tragedia
polegała na tym, że większość tego nie rozpoznawała, a niektórzy z nas mieli w
sercu nienawiść do rzeczy, których nie rozumieli i których uznania by odmówili.
Pozwoliłam,
żeby to prześlizgnęło się przeze mnie, zanim wybrałam stolik, usiadłam,
otworzyłam laptopa i wstukałam hasło, które Shambles i Sunny uprzejmie przybili
z tyłu kontuaru pod menu.
Dziesięć
minut później wrócili.
Sunny
pozwoliła mi się przytulić.
Shambles
zrobił dla mnie najlepszą latte, jaką próbowałam w życiu, do popijania najlepszej
babeczki, jaką kiedykolwiek spożyłam.
Dostałam
się do moich e-mail, chociaż na żaden nie odpowiedziałam.
Byłam
zbyt zajęta gadaniem z dwoma niesamowitymi hipisami.
*****
Kiedy
dwie godziny później weszłam na tylny taras, zobaczyłam gotową balustradę i
Deke’a, który pracował przy dokończeniu obramowania prostokątnego paleniska.
Spojrzał
na mnie, gdy przechodziłam przez drzwi.
Potem
spojrzał w dół na ciężką białą papierową torbę, którą miałam zwisającą z
opuszków palców.
Potem
spojrzał na moją drugą rękę, która miała ogromną butelkę schłodzonej wody Fiji.
Podałam
mu torbę, kiedy się zbliżyłam.
„Pieczeń
wołowa i ser szwajcarski. Kazałam im to podgrzać. Ciastko francuskie. Zwykłe
chipsy ziemniaczane, Big Grab. Jeśli powiesz mi, jakie smaki lubisz, następnym
razem zrobię się zadziorna. W środku są też dwa ciastka z toffi karmelowym Shamblesa
z kawałkami czekolady” - Następnie zaproponowałam wodę - „To nie wymaga
wyjaśnienia”.
„Kobieto,
nie musisz kupować mi jedzenia” - zagrzmiał Deke, prostując się na pełną
wysokość, co oznaczało, że musiałam odchylić głowę do tyłu, żeby na niego
spojrzeć.
„Koleś,
jak straciłbyś przytomność z powodu odwodnienia lub niedożywienia, w żadnym
wypadku nie mogłabym zanieść twoich zwłok do mojego pickupa, aby gnać z tobą na
OJOM. Nie mogłabym nawet cię dociągnąć. Potrzebujesz pożywienia”.
Potrząsnęłam
torbą.
„Nie
zemdleję” - uciął.
„I
nie będę miała w domu kogoś, kto codziennie je pieczeń. Tak, jest mniam, ale
potrzebujesz różnorodności. Więc dzisiaj pieczeń wołowa.”
Znowu
potrząsnęłam torbą.
„Jus…”
„Mam
taras” - powiedziałam cicho - „To niesamowity taras i mam w dupie, że płacą ci
za to, że mi ją dajesz. Uwielbiam to i to coś dla mnie znaczy, więc weź tę
cholerną kanapkę, Deke. Jeśli nie chcesz być miły, w porządku. Ale bądź na tyle
fajny, żebym ja była miła, bo taka właśnie jestem i to właśnie robię, i
naprawdę doceniłabym to, gdybyś mi na to pozwolił”.
Przyglądał
mi się przez długi czas, zanim w końcu sięgnął i wziął torbę i wodę, robiąc to
bez słów.
„Mówię
tylko, że niezamrożony nos oznacza więcej kanapek w przyszłym tygodniu” -
ostrzegłam.
„Gdybym
ci powiedział, że jesteś wrzodem na tyłku, czy zgłosiłabyś to Max’owi i zwolniłby
mnie?” - zapytał.
Poczułam,
jak moje usta się wykrzywiają.
„Nie”
- odpowiedziałam.
„W
takim razie jesteś wrzodem na moim tyłku”.
„Tak,
zauważyłam. Nadal kupuję ci kanapki”.
„Nieważne”
- mruknął, pochylając się, by postawić wodę na kamienie i otwierając torbę.
„Bon appetite!” - krzyknęłam, wciąż się
uśmiechając i odeszłam.
*****
Siedziałam
na moim krześle Adirondack, przewijając rzeczy na moim laptopie, które
projektant wysłał mi, a które pobrałam w La-La Land, aby wrócić do La-La Land,
aby nadać informacje zwrotne, kiedy zobaczyłam Deke’a wchodzącego po schodach.
„Yo”
- zawołałam.
Z
jakiegoś powodu potrząsnął głową i oznajmił - „Palenisko gotowe. Chcesz
zobaczyć, jak to działa?”
„O
tak!” – wykrzyknęłam, podskakując, kładąc laptopa na opuszczonym siedzeniu i
przemykając obok niego. Potem rzuciłam się przez sosnowe igły na trawie,
unikając stojących sosen pozostawionych blisko, kiedy budowali dom (które były
oczywistym źródłem igieł sosnowych w trawie), aby wbiec po schodach na główny taras.
Stałam
obok paleniska, które teraz miało piękny brzeg z płyty granitowej i robiłam to
z dłońmi złożonymi prze sobą.
Deke
szedł wolniej, z oczami na moich dłoniach na mojej piersi, zanim podniósł się
do mojej twarzy.
„Cofasz
się do wieku sześciu lat?” - zapytał.
„Mam
nową zabawkę?” - zapytałam w odpowiedzi.
Jego
usta wykrzywiły się lekko - „Chyba tak”.
„W
takim razie tak” - odpowiedziałam.
Podszedł
blisko, pochylił się głęboko w przysiadzie i powiedział - „Widzisz ten klucz?”
Spojrzałam
w dół na klucz wystający z boku paleniska, który wskazywał długim palcem.
„Tak”
„Jak
przekręcisz, usłyszysz, że gaz się włącza. Zapal go, rób to ostrożnie,
trzymając swoje ciało z dala. Dostosuj go tak, jak chcesz. Kiedy go wyłączysz,
minie minuta, zanim gaz się wypali i płomienie wygasną”.
Następnie
wyciągnął zapalniczkę z kieszeni dżinsów i zademonstrował to.
Gdy
patrzyłam i widziałam, jak płomienie tańczą radośnie, walczyłam z dziewczęcym
klaskaniem w moją klatkę piersiową.
„Widzisz
te uchwyty?” - zapytał.
Skinęłam
głową. Zobaczyłam uchwyty w dole, po jednym z każdej strony.
„Jak
podniesiesz to, to podnosi skalną lawę. W garażu jest ruszt, na którym można
spalić drewno. Używaj go na jeden lub na drugi sposób, a nie oba na raz.
Przełączaj tylko wtedy, gdy nie był ostatnio używany. I nie używaj gazu, jeśli
palisz drewno. Tak?”
Znowu
skinęłam głową.
„Pamiętaj
o sprzątaniu wszystkiego, popiołu i w ogóle, kiedy wracasz do skały”.
Kiwnęłam
głową.
„Chcesz,
żebym to zostawił?” - zapytał.
Cały
czas kiwałam głową, wiedząc, że tej nocy tak
całkowicie będę wisiała przy moim ognisku.
Potrząsnął
głową.
Potem
wciąż pytał - „Jak bardzo chcesz pomieszczenie gospodarcze?”
„Naprawdę
bardzo” - odpowiedziałam - „Może przyniosę ci kanapkę z żeberkami, tak bardzo”.
Ciągle
kręcił głową - „Jak będę pracował jutro, zacznę. Nie w niedzielę. Wrócę w
poniedziałek, ale przynajmniej zacznę od tego”.
„Byłoby
wspaniale, Deke”.
Tym
razem skinął głową - „Dobra, skończone, Jus. Do zobaczenia jutro. Siódma”.
„Dobrze,
Deke”.
Zaczął
się oddalać.
Poczekałam,
aż był tuż za rogiem, zanim krzyknęłam - „Palenisko też mówi o kanapce z
żeberkami!”
W
zamian, nic dziwnego, nie dostałam nic.
*****
Deke
Tego
wieczoru Deke odgryzł kanapkę z dobrze wysmażoną pieczenią, amerykańskim serem
i żółtą musztardą.
To
było o wiele cholernie lepsze niż zimna.
Ale
nie tak dobre, jak żeberka.
*****
Justice
Chwyciłam
białą torbę, wyskoczyłam z pickupa i weszłam do domu.
Poszłam
bezpośrednio do pralni.
Miała
skończone trzy ściany i sufit, płyta nie była oklejona taśmą, ale całkowicie
dopasowana, a Deke zaczynał ścianę czwartą.
Spojrzał
na mnie, na torbę, a potem z powrotem na mnie.
„Plany
mówią, że podłoga jest tutaj wyłożona kafelkami” - oświadczył. „Odrzuciłaś te
płytki. Polecam beton. Łatwy do czyszczenia. Zaprawa się nie spieprzy. A jak to
glazurować, gówno wygląda niesamowicie”.
„Możesz
to zrobić?” - zapytałam.
„Tak”
- odpowiedział.
„Więc
będzie beton” - powiedziałam mu.
„Będziesz
musiała go wybrać, Jus”.
„Nie
sądzę, żebym dostała te konkretne broszury od Mindy, Deke”.
„Lepiej
się do tego bierz, Cyganko” - stwierdził, odchodząc od ściany, podchodząc do
mnie, pochylając się nisko i chwytając swoją torbę.
Ale
wciągając oddech na jego bliskość, poczułam jego zapach.
Pachniał
czysto, jak mydło.
To
było niesamowite.
Jak
mógł dobrze pachnieć pracując z płytą kartonowo gipsową?
Uch!
Podniósł
torbę, pochylił głowę, otworzył ją i zajrzał do środka.
„Co
jest dzisiaj?” - zapytał.
„Podgrzana
szynka pieczona w miodzie, roztopiony Provolone, Dijonmayo na bułce cebulowej z
Fritos. Przykro mi to mówić, ale w delikatesach nie ma kanapek z żeberkami. To
oznacza, że mam misję. Ktoś w tym powiecie musi je robić albo ja przejmę czyjąś
kuchnię i robię to sama. To zła wiadomość. Dobrą wiadomością jest to, że
Shambles był w nastroju pianki. Absolutnie nie mam pojęcia, co to za pianka,
ale wiem, że ma czekoladę i orzechy nerkowca, i zjadłam dwa i są pieprzonym przebojem”.
Uniósł
głowę - „Kupiłaś mi dwa?”
„Mam
palenisko, Deke. Kupiłam ci cztery. Jak nie masz wystarczająco dużego żołądka,
aby zjeść je wszystkie na lunch, możesz zabrać je do domu”.
„Przyszłe
odniesienie, Jus, Fritos, twierdząco. Chipsy: kwaśna śmietana i szczypiorek.
Grill. Ser Cheddar. Cokolwiek. Tylko nie zwykłe” - podzielił się.
Dlaczego
czułam się, jakbym złamała Kod Da Vinci?
„W
poniedziałek zaszaleję” - obiecałam.
Pokręcił
głową i zdałam sobie sprawę, że to robił, kiedy myślał, że jestem idiotką.
Miałam
tylko nadzieję, że myślał, że jestem słodką, zabawną idiotką.
„Wyjdziesz
z drzwi, żebym mógł gdzieś posadzić tyłek i zjeść?” - zapytał.
Opuściłam
drzwi.
Wysunął
się z nich i poszedł korytarzem, a ja poszłam do garażu po butelkę wody, zanim
poszłam go szukać i znalazłam go siedzącego na stosie płyt kartonowo gipsowych
w salonie.
Podałam
mu wodę.
Wziął,
ale nie wyraził wdzięczności.
„Jedz
na zdrowie” – zaprosiłam, odchodząc, żałując, że nie mogę usiąść obok niego,
trzymać się z nim i gadać głupoty. Jeśli nie podobałam mu się, przynajmniej mogłabym
być jego przyjacielem.
Wyszłam
z pomieszczenia i przeniosłam się do sypialni.
Nie
zawołał.
*****
Deke
Następnego
popołudnia Deke siedział na swoim leżaku blisko brzegu, z żyłką w jeziorze, z lodówką
pełną piwa między nim a jego kumplem, Woodem, jedynym facetem, którego znał
Deke w Carnal, który lubił łowić ryby.
Na
szczęście był przyzwoitym facetem, dobrze radził sobie z ciszą i przebywaniem
na słońcu nad jeziorem z wędką i piwem, ale jak mówił, to nie chodziło o
bzdury, bo facet mógł być śmieszny.
„Słyszałem,
że Max dał ci pracę” - zauważył Wood.
„Miejsce
na Ponderosa Road” - odpowiedział Deke.
„Wykończenie?”
- zapytał Wood, będąc dożywotnim mieszkańcem Carnal, znając ten obszar i znając
większość z nich teraz, zarówno nowe budynki i renowacje, były do wykończenia.
„Tak
i nie. Będzie gówno, kiedy to skończę, ale nie rzucające się w oczy gówno”.
„Kto
jest klientem?”
„Kobieta
o imieniu Jus. Dziana. Szalona”.
„Szalenie
dziana czy dziana i szalona?”
„Obydwa”.
„Ból
w dupie?”
„Przynosi
mi kanapki”.
Deke
poczuł oczy Wooda, więc spojrzał na niego.
„To
szalone?” - spytał Wood, uśmiechając się.
„Nie
chcę, żeby była dla mnie miła, nie potrzebuję jej dobroczynności”.
Wood
przestał się uśmiechać i zaczął wyglądać na czujnego, ale zdziwionego - „Dobroczynność?”
„Z
takimi bogatymi sukami, musisz być czujny. Jedną ręką dają, drugą biorą dużo
więcej”.
„Wygląda
na to, że masz doświadczenie” - mruknął Wood, wciąż czujny.
Deke
absolutnie, kurwa, miał.
„Tata
umarł, kiedy miałem dwa lata” - powiedział Woodowi - „Mama robiła, co mogła, co
oznaczało, że była służącą. Mieszkała tam, bo potrzebowała dachu nad naszymi
głowami. Dostawałem od nich gówno odkąd pamiętam. Patrzyłem, jak ona to robiła.
Ludzie, u których pracowała, mieli trzy córki. Wszystkie małe cipki. Traktowały
mamę jak gówno, tak samo mnie. Miały przyjaciółki, ani jednej lepszej niż cała trójka.
Żona człowieka, który płacił mojej mamie, wcale nie była lepsza. Miała też
przyjaciółki. Włosy w innym kolorze, ale zrobione z tego samego materiału. Więc
tak, Wood, mam doświadczenie”.
„Ta
kobieta Jus jest taka?” - zapytał Wood.
„Nie
pokazują tego, kiedy czegoś od ciebie potrzebują, więc nie. Ale wszystkie tego
rodzaju mają to w sobie”.
Wood
spojrzał na jezioro - „Nie sądziłem, że masz to w sobie, by mierzyć wszystkich
tą samą miarą”.
„Patrzyłem,
jak matka sprzątała każdego pieprzonego dnia wymiociny, bo dwie z tych suczek
miały bulimię, a jedna była mamą. Patrzyłem, jak krzyczały na nią, jakby świat
miał się skończyć, kiedy nie nakryła do stołu tak, jak chciały, albo jak nie
kupiła koralowych róż zamiast
brzoskwiniowych, jakakolwiek jest w tym, kurwa, różnica. Mogę tak ciągnąć przez
kilka dni, bracie. Pieprzone dni i było
coraz gorzej. Więc Jus wydaje się fajna. Ale nie otwieram się szeroko dla
takich kobiet. Nie ma mowy. Jak nie trzymasz swojego gówna, zostajesz spalony”.
„Nie
uważam tego za śmiesznie, tylko wytykam ci, że znam cię od lat, po raz pierwszy
o tym usłyszałem, więc nie otwierasz się dla nikogo, Deke. Prawdę powiedziawszy,
jesteś ostatnim mężczyzną samotnym w naszej grupie, który nie ma łańcucha, co
do którego nie mamy nic przeciwko temu, żeby zwisał naszej z kostki, a
szczególnie naszymi z kobietami” - zauważył Wood.
„Mam
powód” - burknął Deke.
„Jedna
z tych suk cię spaliła?” - spytał cicho Wood.
Jasne
słońce, piwo i wędka w ręku wprawiły Deke’a w nastrój do dzielenia się. Podzielenia
się gównem, które znało tylko kilka osób, a jedynymi w mieście byli Tate i
Jim-Billy.
A
może było to przebywanie w pobliżu Jus, dzień w dzień, jej pokusa, co
oznaczało, że musiał wyrzucić to gówno i przypomnieć sobie, kim jest i jak do
tego doszło.
„Jedna
z córek mnie podeszła. Przeszła od paskudnej do słodkiej. Zrobiła to, bo
chciała mojego penisa, dysząc do niego. Miałem piętnaście lat i jedyną rzeczą w
moim umyśle była cipka, więc dałem jej to” - stwierdził Deke - „Kiedy nie
chciałem więcej, powiedziała tacie. Wywalił tyłek mamy, a potem na nią nagadał
i mama i ja wylądowaliśmy w schronisku dla bezdomnych na sześć miesięcy, a to
było trochę po tym, jak większość tych miesięcy spędziliśmy na ulicy. To wszystko,
co zniosła mama było przeze mnie. Więc tak, jedna z tych suk mnie spaliła, Wood”.
Kiedy
mówił, Wood spojrzał w jego stronę - „Jezu, Deke. Nie miałem pojęcia”.
„Mama
w końcu dostała pracę, a jak byłem wystarczająco duży, ja też. Wyszliśmy.
Zajęło to dwa miesiące, ale wyszliśmy. Pracowałem i nie wróciłem do szkoły,
żeby trzymać nas z dala od tego pieprzonego miejsca”.
„To
jest do bani, bracie” - powiedział cicho Wood.
To
było kurwa.
To
było najgorsze.
Mógłby
to przeboleć. Deke mógł przeboleć wszystko. Nie potrzebował wiele. Nauczył się nic
nie potrzebować, aby jego matka mogła żyć, kiedy nie była w stanie mu tego dać.
Ale
cholernie nienawidził patrzeć, jak jego matka cierpi w ten sposób.
Martwiła
się tak bardzo, że nigdy nie spała (a Deke wiedział, że nie spała, bo on nie
spał i słyszał, jak rzuca się w łóżku w tym pieprzonym schronisku). Kopała swój
własny tyłek, że nie mogła dać lepszego życia swojemu chłopcu. Błagała opiekę
społeczną, aby pozwoliła jej go zatrzymać, gdy zbierała swoje gówno do kupy.
Nienawidził
tego wszystkiego, bo było wiele rzeczy do nienawidzenia.
A
większość tej nienawiści polegała na tym, że włożył swojego penisa tam, gdzie
nie należało i sprawił, że jego mama przez to przechodziła.
Ponieważ
nie było powodu, by odpowiadać Woodowi, Deke nic nie powiedział.
„Rozumiem,
co mówisz, człowieku, ale rodzina Emme ma pieniądze, a ona nie jest taka” –
zauważył Wood.
„Tak
i Emme ma na palcu obrączkę Deckera” – odparł Deke.
„Mówię,
że twoja historia jest do bani, a ty jesteś bratem, jesteśmy blisko, nienawidzę
wiedzieć, że to się przytrafiło tobie i twojej mamie. Ale nadal nie wszystkie
są takie same jak inne z ich rodzaju. Emme to dowód”.
Deke
spojrzał na jezioro.
„Ta
Jus jest młoda? Stara? Piękna? Mężatka?” - zapytał Wood.
„Młoda.
Nie ładna, cholernie ładna. Żadnej obrączki, żadnego mężczyzny, z tego co widzę”.
„I
przynosi ci kanapki”.
Deke
zwrócił uwagę na Wooda - „Podoba jej się palenisko, które zbudowałem”.
Wood
wybuchnął śmiechem.
Deke
spojrzał z powrotem na jezioro.
Wood
wciąż się śmiał, kiedy zapytał - „Jesteś aż tak niedomyślny?”
Deke
zwrócił oczy z powrotem na Wooda.
„Ona
na mnie leci” - powiedział cicho - „Próbuje to ukryć, ale często się zdradza.
Nie pójdę tam, Wood. Nawet jeśli nie jest cipką, jak większość z jej gatunku,
nie jest Emmą. Cholera, będąc ciąży Emme kłóci się z Deckiem, by pozwolił jej
wykonać coś z płyty gipsowo kartonowej czy czegoś tam, do cholery, w tym
jebanym wraku ich domu. Emme nie przypomina wielu kobiet”.
„To
prawda” - mruknął Wood.
„Jus
nie pracuje” - trzymał go Deke - „Nie wiem nawet, co robi, poza rozmowami przez
telefon i wydawaniem pieniędzy. Puknięcie kobiety, która płaci moją pensję,
jest cholernie głupie. To się nie wydarzy. Byłem tam, nauczyłem się tej lekcji
w popieprzony sposób”.
„Tak,
nauczyłeś się” - odpowiedział cicho Wood.
Deke
usłyszał jego słowa, nie przyjął ich do wiadomości, ponieważ nie musiał i szedł
dalej.
„Jak
praca będzie skończona, pójście tam, chyba że jej obietnica jest całkowitym
kłamstwem, byłoby zajebiste. Ale wszedłbym w to, wiedząc, że ona nie ma ochoty
na nic jak tylko dużo pieprzenia, aby się nasycić i nic na drugim końcu dla
każdego z nas. Mam wystarczające doświadczenie, aby wiedzieć, że większość
kobiet nie lubi tego gówna. Kobietom takim jak ona podobałoby się to mniej.
Więc to się nie stanie”.
„Dlaczego
nie byłoby nic na końcu?”
„Jej
dom kosztuje więcej, niż ja zarobiłem może w całym moim życiu, Wood.
Skądkolwiek przybyła, żeby się tu dostać, nie musi pracować, a uwierz mi, nie
tylko wygrała na loterii. Ma trochę pieniędzy, można je wyczuć z kilometra,
głęboko w jej kościach. Zgodziłbyś się z tym?”
„Pieprzy
mnie to mówić, ale rozumiem twój punkt widzenia” - odparł Wood.
Spojrzenie
Deke’a powędrowało na jezioro.
„Rozumiem
twój punkt widzenia, Deke, ale ta kobieta przynosi ci kanapki” - powiedział
Wood - „Może nie być tym, z czym były te suki, co cię potraktowały. A jeśli się
w tobie buja, bądź fajny”.
„Nie
jestem kutasem” - powiedział Deke jezioru, chociaż był na tyle, by ją
zniechęcić.
Mógłby
być większym kutasem, ale ona na to nie zasłużyła. Wiedział o tym, nawet jeśli mało
o niej nie wiedział i choć niewiele wiedział, wolałby tego nie wiedzieć.
Nie
był większym kutasem również dlatego, bo kiedy była słodka, nie miał tego w
sobie. Nikt nie mógł być kutasem dla Jus, kiedy była słodka, a jeśli jej nie
obudziłeś, była słodka cały czas.
Nie
podzielił się tym z Woodem. Nie powiedział też, że nadal nie mógł pozbyć się wrażenia,
że było w niej coś znajomego.
Ale
Deke wiedział, że nie mógł wcześniej spotkać Jus i to nie tylko dlatego, że
była tak cholernie przyjazna, a gdyby ją spotkał, nie byłaby taka.
Ponieważ
by ją pamiętał, nie ma mowy, żeby zapomniał to, że poznałby kobietę taką jak
Jus, te oczy, te włosy, te nogi, ten tyłek, wszystko to cholernie słodkie. Nie było
mowy.
Nawet
wiedząc o tym, coś w jego wnętrznościach mówiło mu, że widział te oczy, ten
tyłek, te nogi i zdecydowanie te pieprzone niesamowite włosy.
Musiał
przebrnąć przez tę pracę i dostawać zapłatę.
I
tyle.
„Myślę,
że chodzi o coś więcej” - zauważył Wood - „Widząc, jak się tam osiedla, a
niewiele kobiet chce, aby zostawić to wszystko za sobą, wskoczyć na tył motoru
mężczyzny i odlecieć donikąd, gdy tylko zmieni się wiatr”.
„O
to też chodzi” - zgodził się Deke.
Zgodził
się, ale o tym nie pomyślał.
To
dobrze, że Wood to ruszył. Jakkolwiek jej ubrania i pickup mówiły o niej
cygańska księżniczka, nie było mowy, żeby kobieta taka jak Jus zamknęła dom,
który miała mieć i wyjechała na otwartą drogę bez celu, bez przeznaczenia, po
prostu jeżdżąc, aż twój oddech, będzie ponownie właściwy.
„Czy
zauważyłeś, że nic nie bierze?” - zapytał Wood, kończąc rozmowę, bo nie było
już nic więcej do powiedzenia, wiedział o tym i wiedział, że nie powinien
naciskać na Deke’a.
Tak,
Wood był dobrym przyjacielem.
„Zauważyłeś,
że siedzimy na tyłkach na brzegu, a nie w łodzi, więc są szanse, że cokolwiek weźmie,
to będzie miało centymetr długości?”
„Nie
mam ochoty wiosłować na środek tego skurwysyna” - zauważył Wood, pochylając się
w lewo i wyciągając zimne piwo.
„To
dobrze, bo nie mam łodzi”.
Wood
znów wybuchnął śmiechem.
Tym
razem dołączył do niego Deke.
*****
Justice
W
niedzielne popołudnie wskoczyłam na stołek barowy obok Jima-Billy’ego.
Odwrócił
głowę w czapce bejsbolowej w moją stronę, tak jak ja, i uśmiechnął się złamanym
uśmiechem, z brakującym jednym zębem.
Nie
sądziłam, że kiedykolwiek to naprawi, ale miałam nadzieję, że tego nie zrobi.
Jak zauważyłam do tej pory podczas mojej podróży przez życie, były pewne
niedoskonałości, które były doskonałe. Jednym z nich był brak zęba Jima-Billy’ego.
„Co
się dzieje?” - zapytałam.
„Nic”
- odpowiedział.
„Nie
wiem, czy mam się z tego powodu cieszyć, czy smucić” - zauważyłam.
„Ja
się cieszę. Proste życie, proste przyjemności” - Jim-Billy podniósł swój
projekt - „Oznacza, że zawsze unikasz rozczarowania”.
Patrzyłam
na niego przez chwilę, kołysząc się tą mądrością, zanim zapytałam - „Kim jesteś,
góralskim maharishi[1]?”
„Tak”
- mruknął i odwrócił wzrok, wypijając duży łyk piwa.
Wybuchnęłam
śmiechem.
Skończyłam
się śmiać z Jim-Billy ponownie patrząc w moją stronę i uśmiechając się.
Pojawiła
się Krystal, rzucając przede mną podkładkę pod piwo na bar.
„Co
pijesz?” - zapytała.
„Piwo.
Zimne. Nie obchodzi mnie, jakie, ale żadne z tych wymyślnych rzeczy, bo mnie rozdrażnisz”
- odpowiedziałam.
Spojrzała
ode mnie na Jima-Billy’ego - „Wiem, że to jest wbrew wszystkiemu, czym jestem,
ale już ją lubię” - oświadczyła, kiwając głową w moją stronę.
To
było świetne.
„Ciąża
cię zmiękcza” - skomentował Jim-Billy.
Ocho.
Nie
była to właściwa rzecz do powiedzenia.
„Cofnij
to” - warknęła, udowadniając, że moja ocena jest słuszna.
„Nie
jest źle, kochanie” - zauważył Jim-Billy.
Pochyliła
się do niego - „Cofnij to”.
„Krys…”
„Nazywam
się Justice Lonesome” - wypaliłam powód, dla którego tam byłam (oprócz tego, by
posiedzieć, napić się piwa i poznać więcej moich sąsiadów z Carnal).
Krystal
i Jim-Billy spojrzeli na mnie.
Zaczęłam
to, nadszedł czas. Shambles i Sunny wiedzieli. Chociaż prosiłam ich, aby
milczeli, dopóki nie będę gotowa, aby to uwolnić, a oni obiecali to zrobić, im bardziej
poznawałam tych ludzi, im dłużej tego nie powiedziałam, tym była większa szansa,
że zabiegam o możliwość zranienia ludzkich uczuć. Ponieważ wszystko, co ważne w
końcu staje się kłamstwem, jeśli jest przemilczane,
jeśli pozwolisz, by do tego doszło.
„Mój
ojciec to Johnny Lonesome. Ciotka i wujek Tammy i Jimmy. Dziadkiem był Jerry”.
Brnęłam
przez to, chociaż oboje wpatrywali się we mnie w milczeniu.
„Nagrałam
płytę sześć lat temu. To poszło dobrze. Byłam z nią w trasie. Szło mi dobrze.
Wtedy mój perkusista przedawkował. Był dobrym facetem. Dobry przyjaciel. Był z
moim tatą, zanim wyruszył ze mną w trasę, więc znałam go od lat. Był częścią
rodziny. To mnie rozdarło. W trasie związałam się z innym facetem z mojego
zespołu. Był w tym gównie, a nasza utrata kogoś nie kazała mu przestać. Chciał,
żebym była z nim w tej podróży. Nie chciałam mieć z tym nic wspólnego. Presja
była duża, bo to życie jest ekstremalne i często potrzebujesz czegoś, aby iść dalej. Nie byliśmy z
sobą na poważnie, ale to było brzydkie zerwanie.
To też mnie rozerwało. Wiele z tego gówna, które zrobiłam i widziałam, i musiałam
przeżyć, żeby żyć tym życiem, zniszczyło mnie. Więc zostawiłam to”.
Jim-Billy
i Krystal wciąż się gapili.
Ciągle
paplałam.
„Tata
zmarł na tętniaka cztery miesiące temu. Żadnego ostrzeżenia, z wyjątkiem tego,
że jadł wszystko, co mu się podobało i pił wszystko, co chciał, i nie dbał o
siebie, ale biegał po scenie, jakby miał jeszcze dwadzieścia jeden lat, więc
lekarze powiedzieli, że gdyby nie to, miałby udar lub zawał serca i nie
później, ale wcześniej. Był Johnny’m Lonesome, ale dla mnie był tylko moim tatą.
Kochałam go. Kochał mnie. Bardzo. I tęsknię za nim”.
„Jus”
- wyszeptał Jim-Billy.
Wiedziałam
dlaczego. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
Skupiłam
się na nim, ponieważ Krystal wyglądała na wkurzoną.
„Nie
powiedziałam wam, bo chciałam spokoju” - szepnęłam w odpowiedzi do Jima-Billy’ego
- „Tylko przez jakiś czas, kiedy byłam tylko Jus. Nie Justice Lonesome, nie
córka Johnny’ego Lonesome, wnuczka Jerry’ego. Chciałam, żebyście poznali mnie. A od śmierci taty dzieje się wiele
rzeczy i to mnie boli. Więc chciałam tego spokoju. Przepraszam, że nie
podzieliłam się od razu. Ale czy możecie zrozumieć, dlaczego tego nie zrobiłam?”
„Oczywiście,
kochanie” - powiedział natychmiast Jim-Billy.
„Justice
Lonesome” - powiedziała nad nim Krystal.
Spojrzałam
na nią i przygotowałam się.
„Słyszałam,
że córka Johnny’ego nagrała przebój. Słyszałam piosenkę. To było powolne i
soczyste. Więc mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, ale oddałam moje serce
twojemu staruszkowi. Kupiłam każdy album, który wydał, widząc, że był cholernym
geniuszem rock’n’rolla” - oświadczyła.
„Nie
mam nic przeciwko” - powiedziałam jej cicho, ciepło spłynęło do mojego serca na
jej słowa o tacie, wciąż byłam przygotowana, bo nie wysyłała do mnie ciepłych
wibracji.
„Dwa
razy widziałam go na koncercie. Dwa najlepsze koncerty w moim życiu” -
stwierdziła.
„Tak.
Był świetny na żywo” - zgodziłam się.
Nagle
jej ręka wyszła z dłonią płasko na barze przede mną.
Nie
dotknęła mnie, nawet blisko.
To,
co zrobiła, to spojrzała mi w oczy i powiedziała tonem, którego nigdy nie
słyszałam, w mojej niezbyt długiej znajomości z Krys, ani nie podejrzewałam, że
mogłaby znieść - „Jego strata była wielka”.
I
to było ciepło.
Nie
mogłam tego zrozumieć.
Żałoba
była trudną sprawą. Kiedy straciliśmy dziadka, dowiedziałam się, że najlepsi dla
mnie nie byli ci, którzy patrzyli z żalem, patrzyli ze zrozumieniem, ale
trzymali język za zębami.
To
byli ludzie, którzy okazywali sympatię.
Oznaczało
to dla mnie cały świat i trzeba było odejść i wynieść to w czasie, by strata
była mniej dotkliwa, a słowa mogły być kojące.
Ale
kiedy strata była dotkliwa, rana była szerzej rozdarta.
„Dzięki”
- odpowiedziałam drżąco.
Krystal
znała mój gatunek. Widziała dokładnie, co czułam.
„Potrzebujesz
piwa” - zawyrokowała, cofając rękę.
Odchrząknęłam
- „Tak”.
Jim-Billy
poruszył się i nie przestawał mnie dotykać.
Ujął
moją dłoń na barze i uścisnął ja cudownie, zanim puścił.
Posłałam
mu kiepski uśmiech.
Dobrze
zrobiłam, wybierając ten szalony dom w tym szalonym mieście z tymi szalonymi
ludźmi.
Więc,
tak.
Krys
wróciła z moim piwem.
Kontynuowałam
misję.
„Gdybyście
mogli, no wiecie, nie kłamać, ale nie rozpowszechniać tego. Podzielę się i
wszystko. Jeśli znacie Shamblesa i Sunny z La-La Land, cóż, słuchali moich
rzeczy, więc oczywiście już mnie znali, zanim spotkaliśmy się poprzedniego
dnia. Ale wiecie, trochę więcej tego spokoju byłoby okej dla mnie”.
„Kochanie,
uzyskasz spokój. Jakikolwiek skurwysyn pieprzyłby się z twoim spokojem, wsadzę
mi śrut w dupę” - oświadczyła Krystal.
Moje
oczy się rozszerzyły.
„Nie
żeby cię przestraszyć ani nic” - Jim-Billy pochylił się do mnie i szepnął scenicznie
- „Ale ona nie żartuje”.
„Cholerna
prawda” - powiedziała Krystal i szybkim ruchem głowy z czarnymi włosami z
ognistymi włosami wskazała mój kufel.
„Trzym
się, potrzebujesz dolewki”.
Odeszła.
„Bubba
powinien był ją zapłodnić lata temu” - zauważył Jim-Billy, obserwując, jak
odchodzi.
Otrząsnęłam
się z emocji pozostawionych przez ich dobroć i uśmiechnęłam się do niego.
To
nie była ciąża.
Była
i nie była.
Tyle,
że Krystal, choć na zewnątrz była twarda, nie była głupia.
Ona
też rozpoznawała nagrodę.
I
to było cholernie niesamowite, że
zobaczyła to we mnie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńNajlepsza czesc, Dziekiuje ❤
OdpowiedzUsuńDziękuję ❤️
OdpowiedzUsuńSuper rozdział :) dobrze że powiedziała im kim jest.
OdpowiedzUsuńCZekam na kolejny rozdział
dziękuje
OdpowiedzUsuń