poniedziałek, 24 stycznia 2022

4 - Sandwich z żeberkami

 

Rozdział 4

Sandwich z żeberkami

Justis

 

 

Kiedy Deke walnął w drzwi następnego ranka, otworzyłam mu i zamiast powitania, pokazałam palcem na nos i zapytałam - „Widzisz to?”

Jego spojrzenie zwęziło się i odciął w odpowiedzi - „Mam oczy, prawda?”

„Cóż, dzięki tobie…” - odwróciłam palec i dźgnęłam go w jego stronę - „…nadal jest tam, gdzie powinien być i nie odmarzł zeszłej nocy” - posłałam mu szeroki uśmiech, który nawet nie wiedziałam, że mam w sobie, żeby dać wcześnie rano i krzyknęłam - „Uwielbiam izolację!”

Przez chwilę wpatrywał się we mnie bez wyrazu.

Wtedy coś zapaliło się w jego piwnych oczach, wiedziałam, że mogłabym pławić się w jego cieple przez całą wieczność (więc udałam, że tego nie widziałam, chociaż zrobiłam to słabo, ale wystarczająco, by zwalczyć pragnienie pochylenia się i, powiedzmy, dotknięcia ust jego, aby zobaczyć go z bliska).

I dał mi więcej.

„Jesteś trochę szalona, Cyganko”.

Powiedział to tak, jakby myślał, że to nie jest zła rzecz, z pięknym niuansem pokrywającym dudnienie w jego głosie, w którym ja też mogłabym wygrzewać się przez wieczność.

Udawałam, że też tego nie słyszałam, cofnęłam się, pozwalając mu wejść, i dalej szłam w kierunku holu do garażu, mówiąc to - „Kawa jest, przyniosę twoją”.

„Jus” - zawołał, a ja zatrzymałam się i odwróciłam do niego - „Max mówi, że chcesz, żeby taras był skończony?”

„Tak, masz coś przeciwko?” - zapytałam - „Wygląda niesamowicie. Nie zamierzam spędzać czasu w pomieszczeniu gospodarczym, więc fajnie będzie mieć kolejne miejsce na zmianę”.

Pokiwał głową - „Zajmę się tym”.

„Doceniam, Deke”.

Ruszył w kierunku szklanych drzwi osadzonych w szklanej ścianie, które teraz, dzięki Deke’owi, prowadziły na tylny taras.

Poszłam do garażu po kawę.

*****

Półtorej godziny później wykąpana, ubrana i gotowa do drogi do miasta, by poszukać miejsca z Wi-Fi, abym mogła poradzić sobie z przychodzącymi e-mailami (konkretnie tymi od mojego projektanta wnętrz), otworzyłam drzwi prowadzące na tylny taras.

I do Deke’a.

Znowu podziwiałam sposób, w jaki ułożono deski w jodełkę, dzięki czemu były o wiele ciekawsze, a robiłam to, aby nie podziwiać mężczyzny pracującego przy balustradzie.

Nie musiałam do niego wołać. W chwili, gdy otworzyłam drzwi, przestał robić to, co robił, żeby na mnie spojrzeć.

„Hej” - przywitałam się, wychodząc.

Uniósł brodę.

„Jadę do miasta” - powiedziałam mu, zatrzymując się kilka kroków za drzwiami - „Potrzebujesz czegoś?”

„Nie” - odpowiedział.

To mnie zaciekawiło.

„Przywozisz lunch w swoim pickupie czy coś?” - zapytałam.

„Tak” - odpowiedział.

Łał. Deke zabierał lunch.

Teraz byłam zaskoczona i ciekawa.

„Wodę?” - kontynuowałam.

„Tak” - powtórzył.

„Zimną wodę?” - pchnęłam.

„Wystarczająco zimną”.

Pfff. Nie musiał przywozić wody.

Skrzyżowałam ręce na piersi - „Koleś, możesz się poczęstować wodą, która jest w lodówce.”

„Wystarczy mi, Jus”.

„Co dzisiaj na lunch?” - zapytałam.

„Pieczeń”.

„Mniam” - powiedziałam.

Wpatrywał się.

Potem zapytał - „Lubisz pieczeń?”

„Cóż, na zimno, mogę to wziąć lub zostawić. Usmaż to, aż będzie tylko trochę przypalone z odrobiną amerykańskiego sera i połóż na toście z mnóstwem żółtej musztardy, pyyy-ychotka”.

Spojrzał ponownie, tym razem bez słowa.

„Co miałeś wczoraj na lunch?” - spytałam wciąż przepełniona ciekawością, jak niestety, chyba zawsze będę, jeśli chodziło o Deke’a.

„Pieczeń” - powtórzył.

„Deke, potrzebujesz różnorodności”.

„Nie jestem pewien co do twojej zdolności widzenia, Jus, ale właściwie nie marnuję”.

To była prawda.

Uśmiechnęłam się do niego.

To sprawiło, że wyglądał na dziwnie zirytowanego.

Postanowiłam to zignorować i zająć się swoim rankiem.

Właśnie to zrobiłam, odwracając się, ale mówiąc głośno - „Przyniosę ci kanapkę z delikatesów”.

„Nie przynoś mi kanapki” - powiedział głośno w odpowiedzi.

Stałam w otwartych drzwiach i spojrzałam na niego przez ramię - „I chipsy. Może ciastko”.

„Jus…”

Wślizgnęłam się do środka, zamknęłam drzwi i przeszłam przez powierzchnię pokrytą kremowobiałą pianką, by złapać laptopa, wyjść za drzwi i do pickupa.

*****

Jedyną firmą, którą zauważyłam, z informacją o bezpłatnym Wi-Fi (i to nie było tylko darmowe Wi-Fi, było napisane  ♥♥♥ BEZPŁATNE WI-FI!!!! ☺☺☺), była kawiarnia Carnal La-La Land Coffee.

Więc trafiłam tam, bo mogłam skorzystać z latte i z Wi-Fi.

Weszłam i wiedziałam, dlaczego Krys nazwała mnie Wolnym Ludem.

Znała różnicę między boho a hipisem.

To dlatego, że koleś i laska za ladą byli tak hipisami, że zastanawiałam się, czy mają wehikuł czasu.

„Hej” - zawołałam, podchodząc do nich, zauważając, że dziewczyna robi coś przy kasie, ale koleś z bandaną owiniętą wokół czoła i okrągłymi okularami z niebieskimi soczewkami wpatrywał się we mnie.

Podniosła wzrok i zauważyła mnie.

Żadne z nich się nie poruszyło, łącznie z ustami do powitania mnie.

Zatrzymałam się przed ladą, sprawdzając ich wygląd i wiedząc, że odlot jest gotowy.

To było naprawdę miłe, że trwał tak długo.

„Hej” - powiedziałam ciszej.

„Jesteś Justice Lonesome” - stwierdziła dziewczyna.

„Jestem, kochanie” - potwierdziłam.

„Superowo” - wyszeptał facet z czcią.

„Ja… ja… ja…” - wyjąkała dziewczyna, po czym się zamknęła.

Potem oboje milczeli.

Podeszłam bliżej i, aby przełamać niezręczność, powiedziałam - „Byłoby super, gdybym mogła skorzystać z Wi-Fi i zrobić to, pijąc latte o smaku toffi z jedną z tych karmelowych babeczek toffi”.

Pochyliłam głowę w stronę gablotki, która wyglądała na zapełnioną wyrobami z piekarni Heaven’s.

„Toffi jest dzisiaj moim tematem, kochanie” - powiedział koleś, jakby był robotem.

Uśmiechnęłam się - „To fajne, bo to uwielbiam. Teraz wiesz, że jestem Jus. Może mi powiesz, kim jesteście?”

„Shambala, Shambles” - powiedział facet. Przysunął się bliżej laski - „To moja dziewczyna, Sunray Goddess, Sunny”.

Totalni hipisi.

Polubiłam ich natychmiast.

I to było źródło kawy Deke’a.

„Ty… ty… Ogniwa siatki to Shambles i ja”.

To wyszło od Sunny i spojrzałam na nią, starając się pozostać luźną i opanowaną, zamiast się napinać i świrować.

Ogniwa siatki.

Piosenka Deke’a.

„Obrócona w pył, kruszę się jak rdza, zapamiętywanie ciebie, jedyna słuszna rzecz” - kontynuowała.

„Uwielbiam to” - powiedziałam łagodnie.

Nagle zaskakująca ilość łez wypełniła jej oczy, wskazując, że była trochę wytrącona z równowagi czymś w muzyce Justice Lonesome lub wskazując na coś innego.

„Dziękuję, że powiedziałaś mu to, czego nie ja mogłam mu powiedzieć” - wyszło w postaci bełkotu, zanim pobiegła wzdłuż blatu, znikając za drzwiami z tyłu.

Patrzyłam, jak to robi, ale obejrzałam się czujnie, gotowa do startu, jeśli zaszłaby taka potrzeba, kiedy Shambles zajął jej miejsce przy kasie.

„Okej, w porządku, to było dziwne, ale mam nadzieję, że zostaniesz, bo muszę iść za nią, a naprawdę chcę zrobić ci latte, kiedy wrócę” - Zaczął się ruszać, ale odwrócił się do mnie i podzielił się w cichym pośpiechu, z twarzą wykrzywioną w sposób, który sprawił, że moje serce zamarło, a jego następne słowa wyjaśniały ten wygląd - „Została zaatakowana. Zraniona naprawdę mocno. To ją popieprzyło. Nie traktowała mnie przez to naprawdę dobrze. Twoja muzyka pomogła. Dziękuję ci”.

Potem wystartował.

Stałam tam, gdzie byłam, doświadczając jednej z wielu rzeczy, które nie wydawały się ruchomymi piaskami w tym życiu, które zostawiłam za sobą.

Doświadczając czegoś tak pięknego, że mogłabym bez końca bawić się tekstem piosenki i nie zrobić tego dobrze.

Doświadczając łączenia się z kimś w tak znaczący sposób, że podzieliłam się tym, jak wszyscy byliśmy połączeni przez różne źródła. Muzyka. Książki. Sztuka. Kino.

Tragedia polegała na tym, że większość tego nie rozpoznawała, a niektórzy z nas mieli w sercu nienawiść do rzeczy, których nie rozumieli i których uznania by odmówili.

Pozwoliłam, żeby to prześlizgnęło się przeze mnie, zanim wybrałam stolik, usiadłam, otworzyłam laptopa i wstukałam hasło, które Shambles i Sunny uprzejmie przybili z tyłu kontuaru pod menu.

Dziesięć minut później wrócili.

Sunny pozwoliła mi się przytulić.

Shambles zrobił dla mnie najlepszą latte, jaką próbowałam w życiu, do popijania najlepszej babeczki, jaką kiedykolwiek spożyłam.

Dostałam się do moich e-mail, chociaż na żaden nie odpowiedziałam.

Byłam zbyt zajęta gadaniem z dwoma niesamowitymi hipisami.

*****

Kiedy dwie godziny później weszłam na tylny taras, zobaczyłam gotową balustradę i Deke’a, który pracował przy dokończeniu obramowania prostokątnego paleniska.

Spojrzał na mnie, gdy przechodziłam przez drzwi.

Potem spojrzał w dół na ciężką białą papierową torbę, którą miałam zwisającą z opuszków palców.

Potem spojrzał na moją drugą rękę, która miała ogromną butelkę schłodzonej wody Fiji.

Podałam mu torbę, kiedy się zbliżyłam.

„Pieczeń wołowa i ser szwajcarski. Kazałam im to podgrzać. Ciastko francuskie. Zwykłe chipsy ziemniaczane, Big Grab. Jeśli powiesz mi, jakie smaki lubisz, następnym razem zrobię się zadziorna. W środku są też dwa ciastka z toffi karmelowym Shamblesa z kawałkami czekolady” - Następnie zaproponowałam wodę - „To nie wymaga wyjaśnienia”.

„Kobieto, nie musisz kupować mi jedzenia” - zagrzmiał Deke, prostując się na pełną wysokość, co oznaczało, że musiałam odchylić głowę do tyłu, żeby na niego spojrzeć.

„Koleś, jak straciłbyś przytomność z powodu odwodnienia lub niedożywienia, w żadnym wypadku nie mogłabym zanieść twoich zwłok do mojego pickupa, aby gnać z tobą na OJOM. Nie mogłabym nawet cię dociągnąć. Potrzebujesz pożywienia”.

Potrząsnęłam torbą.

„Nie zemdleję” - uciął.

„I nie będę miała w domu kogoś, kto codziennie je pieczeń. Tak, jest mniam, ale potrzebujesz różnorodności. Więc dzisiaj pieczeń wołowa.”

Znowu potrząsnęłam torbą.

„Jus…”

„Mam taras” - powiedziałam cicho - „To niesamowity taras i mam w dupie, że płacą ci za to, że mi ją dajesz. Uwielbiam to i to coś dla mnie znaczy, więc weź tę cholerną kanapkę, Deke. Jeśli nie chcesz być miły, w porządku. Ale bądź na tyle fajny, żebym ja była miła, bo taka właśnie jestem i to właśnie robię, i naprawdę doceniłabym to, gdybyś mi na to pozwolił”.

Przyglądał mi się przez długi czas, zanim w końcu sięgnął i wziął torbę i wodę, robiąc to bez słów.

„Mówię tylko, że niezamrożony nos oznacza więcej kanapek w przyszłym tygodniu” - ostrzegłam.

„Gdybym ci powiedział, że jesteś wrzodem na tyłku, czy zgłosiłabyś to Max’owi i zwolniłby mnie?” - zapytał.

Poczułam, jak moje usta się wykrzywiają.

„Nie” - odpowiedziałam.

„W takim razie jesteś wrzodem na moim tyłku”.

„Tak, zauważyłam. Nadal kupuję ci kanapki”.

„Nieważne” - mruknął, pochylając się, by postawić wodę na kamienie i otwierając torbę.

Bon appetite!” - krzyknęłam, wciąż się uśmiechając i odeszłam.

*****

Siedziałam na moim krześle Adirondack, przewijając rzeczy na moim laptopie, które projektant wysłał mi, a które pobrałam w La-La Land, aby wrócić do La-La Land, aby nadać informacje zwrotne, kiedy zobaczyłam Deke’a wchodzącego po schodach.

„Yo” - zawołałam.

Z jakiegoś powodu potrząsnął głową i oznajmił - „Palenisko gotowe. Chcesz zobaczyć, jak to działa?”

„O tak!” – wykrzyknęłam, podskakując, kładąc laptopa na opuszczonym siedzeniu i przemykając obok niego. Potem rzuciłam się przez sosnowe igły na trawie, unikając stojących sosen pozostawionych blisko, kiedy budowali dom (które były oczywistym źródłem igieł sosnowych w trawie), aby wbiec po schodach na główny taras.

Stałam obok paleniska, które teraz miało piękny brzeg z płyty granitowej i robiłam to z dłońmi złożonymi prze sobą.

Deke szedł wolniej, z oczami na moich dłoniach na mojej piersi, zanim podniósł się do mojej twarzy.

„Cofasz się do wieku sześciu lat?” - zapytał.

„Mam nową zabawkę?” - zapytałam w odpowiedzi.

Jego usta wykrzywiły się lekko - „Chyba tak”.

„W takim razie tak” - odpowiedziałam.

Podszedł blisko, pochylił się głęboko w przysiadzie i powiedział - „Widzisz ten klucz?”

Spojrzałam w dół na klucz wystający z boku paleniska, który wskazywał długim palcem.

„Tak”

„Jak przekręcisz, usłyszysz, że gaz się włącza. Zapal go, rób to ostrożnie, trzymając swoje ciało z dala. Dostosuj go tak, jak chcesz. Kiedy go wyłączysz, minie minuta, zanim gaz się wypali i płomienie wygasną”.

Następnie wyciągnął zapalniczkę z kieszeni dżinsów i zademonstrował to.

Gdy patrzyłam i widziałam, jak płomienie tańczą radośnie, walczyłam z dziewczęcym klaskaniem w moją klatkę piersiową.

„Widzisz te uchwyty?” - zapytał.

Skinęłam głową. Zobaczyłam uchwyty w dole, po jednym z każdej strony.

„Jak podniesiesz to, to podnosi skalną lawę. W garażu jest ruszt, na którym można spalić drewno. Używaj go na jeden lub na drugi sposób, a nie oba na raz. Przełączaj tylko wtedy, gdy nie był ostatnio używany. I nie używaj gazu, jeśli palisz drewno. Tak?”

Znowu skinęłam głową.

„Pamiętaj o sprzątaniu wszystkiego, popiołu i w ogóle, kiedy wracasz do skały”.

Kiwnęłam głową.

„Chcesz, żebym to zostawił?” - zapytał.

Cały czas kiwałam głową, wiedząc, że tej nocy tak całkowicie będę wisiała przy moim ognisku.

Potrząsnął głową.

Potem wciąż pytał - „Jak bardzo chcesz pomieszczenie gospodarcze?”

„Naprawdę bardzo” - odpowiedziałam - „Może przyniosę ci kanapkę z żeberkami, tak bardzo”.

Ciągle kręcił głową - „Jak będę pracował jutro, zacznę. Nie w niedzielę. Wrócę w poniedziałek, ale przynajmniej zacznę od tego”.

„Byłoby wspaniale, Deke”.

Tym razem skinął głową - „Dobra, skończone, Jus. Do zobaczenia jutro. Siódma”.

„Dobrze, Deke”.

Zaczął się oddalać.

Poczekałam, aż był tuż za rogiem, zanim krzyknęłam - „Palenisko też mówi o kanapce z żeberkami!”

W zamian, nic dziwnego, nie dostałam nic.

*****

Deke

Tego wieczoru Deke odgryzł kanapkę z dobrze wysmażoną pieczenią, amerykańskim serem i żółtą musztardą.

To było o wiele cholernie lepsze niż zimna.

Ale nie tak dobre, jak żeberka.

*****

Justice

Chwyciłam białą torbę, wyskoczyłam z pickupa i weszłam do domu.

Poszłam bezpośrednio do pralni.

Miała skończone trzy ściany i sufit, płyta nie była oklejona taśmą, ale całkowicie dopasowana, a Deke zaczynał ścianę czwartą.

Spojrzał na mnie, na torbę, a potem z powrotem na mnie.

„Plany mówią, że podłoga jest tutaj wyłożona kafelkami” - oświadczył. „Odrzuciłaś te płytki. Polecam beton. Łatwy do czyszczenia. Zaprawa się nie spieprzy. A jak to glazurować, gówno wygląda niesamowicie”.

„Możesz to zrobić?” - zapytałam.

„Tak” - odpowiedział.

„Więc będzie beton” - powiedziałam mu.

„Będziesz musiała go wybrać, Jus”.

„Nie sądzę, żebym dostała te konkretne broszury od Mindy, Deke”.

„Lepiej się do tego bierz, Cyganko” - stwierdził, odchodząc od ściany, podchodząc do mnie, pochylając się nisko i chwytając swoją torbę.

Ale wciągając oddech na jego bliskość, poczułam jego zapach.

Pachniał czysto, jak mydło.

To było niesamowite.

Jak mógł dobrze pachnieć pracując z płytą kartonowo gipsową?

Uch!

Podniósł torbę, pochylił głowę, otworzył ją i zajrzał do środka.

„Co jest dzisiaj?” - zapytał.

„Podgrzana szynka pieczona w miodzie, roztopiony Provolone, Dijonmayo na bułce cebulowej z Fritos. Przykro mi to mówić, ale w delikatesach nie ma kanapek z żeberkami. To oznacza, że mam misję. Ktoś w tym powiecie musi je robić albo ja przejmę czyjąś kuchnię i robię to sama. To zła wiadomość. Dobrą wiadomością jest to, że Shambles był w nastroju pianki. Absolutnie nie mam pojęcia, co to za pianka, ale wiem, że ma czekoladę i orzechy nerkowca, i zjadłam dwa i są pieprzonym przebojem”.

Uniósł głowę - „Kupiłaś mi dwa?”

„Mam palenisko, Deke. Kupiłam ci cztery. Jak nie masz wystarczająco dużego żołądka, aby zjeść je wszystkie na lunch, możesz zabrać je do domu”.

„Przyszłe odniesienie, Jus, Fritos, twierdząco. Chipsy: kwaśna śmietana i szczypiorek. Grill. Ser Cheddar. Cokolwiek. Tylko nie zwykłe” - podzielił się.

Dlaczego czułam się, jakbym złamała Kod Da Vinci?

„W poniedziałek zaszaleję” - obiecałam.

Pokręcił głową i zdałam sobie sprawę, że to robił, kiedy myślał, że jestem idiotką.

Miałam tylko nadzieję, że myślał, że jestem słodką, zabawną idiotką.

„Wyjdziesz z drzwi, żebym mógł gdzieś posadzić tyłek i zjeść?” - zapytał.

Opuściłam drzwi.

Wysunął się z nich i poszedł korytarzem, a ja poszłam do garażu po butelkę wody, zanim poszłam go szukać i znalazłam go siedzącego na stosie płyt kartonowo gipsowych w salonie.

Podałam mu wodę.

Wziął, ale nie wyraził wdzięczności.

„Jedz na zdrowie” – zaprosiłam, odchodząc, żałując, że nie mogę usiąść obok niego, trzymać się z nim i gadać głupoty. Jeśli nie podobałam mu się, przynajmniej mogłabym być jego przyjacielem.

Wyszłam z pomieszczenia i przeniosłam się do sypialni.

Nie zawołał.

*****

Deke

Następnego popołudnia Deke siedział na swoim leżaku blisko brzegu, z żyłką w jeziorze, z lodówką pełną piwa między nim a jego kumplem, Woodem, jedynym facetem, którego znał Deke w Carnal, który lubił łowić ryby.

Na szczęście był przyzwoitym facetem, dobrze radził sobie z ciszą i przebywaniem na słońcu nad jeziorem z wędką i piwem, ale jak mówił, to nie chodziło o bzdury, bo facet mógł być śmieszny.

„Słyszałem, że Max dał ci pracę” - zauważył Wood.

„Miejsce na Ponderosa Road” - odpowiedział Deke.

„Wykończenie?” - zapytał Wood, będąc dożywotnim mieszkańcem Carnal, znając ten obszar i znając większość z nich teraz, zarówno nowe budynki i renowacje, były do wykończenia.

„Tak i nie. Będzie gówno, kiedy to skończę, ale nie rzucające się w oczy gówno”.

„Kto jest klientem?”

„Kobieta o imieniu Jus. Dziana. Szalona”.

„Szalenie dziana czy dziana i szalona?”

„Obydwa”.

„Ból w dupie?”

„Przynosi mi kanapki”.

Deke poczuł oczy Wooda, więc spojrzał na niego.

„To szalone?” - spytał Wood, uśmiechając się.

„Nie chcę, żeby była dla mnie miła, nie potrzebuję jej dobroczynności”.

Wood przestał się uśmiechać i zaczął wyglądać na czujnego, ale zdziwionego - „Dobroczynność?”

„Z takimi bogatymi sukami, musisz być czujny. Jedną ręką dają, drugą biorą dużo więcej”.

„Wygląda na to, że masz doświadczenie” - mruknął Wood, wciąż czujny.

Deke absolutnie, kurwa, miał.

„Tata umarł, kiedy miałem dwa lata” - powiedział Woodowi - „Mama robiła, co mogła, co oznaczało, że była służącą. Mieszkała tam, bo potrzebowała dachu nad naszymi głowami. Dostawałem od nich gówno odkąd pamiętam. Patrzyłem, jak ona to robiła. Ludzie, u których pracowała, mieli trzy córki. Wszystkie małe cipki. Traktowały mamę jak gówno, tak samo mnie. Miały przyjaciółki, ani jednej lepszej niż cała trójka. Żona człowieka, który płacił mojej mamie, wcale nie była lepsza. Miała też przyjaciółki. Włosy w innym kolorze, ale zrobione z tego samego materiału. Więc tak, Wood, mam doświadczenie”.

„Ta kobieta Jus jest taka?” - zapytał Wood.

„Nie pokazują tego, kiedy czegoś od ciebie potrzebują, więc nie. Ale wszystkie tego rodzaju mają to w sobie”.

Wood spojrzał na jezioro - „Nie sądziłem, że masz to w sobie, by mierzyć wszystkich tą samą miarą”.

„Patrzyłem, jak matka sprzątała każdego pieprzonego dnia wymiociny, bo dwie z tych suczek miały bulimię, a jedna była mamą. Patrzyłem, jak krzyczały na nią, jakby świat miał się skończyć, kiedy nie nakryła do stołu tak, jak chciały, albo jak nie kupiła koralowych róż zamiast brzoskwiniowych, jakakolwiek jest w tym, kurwa, różnica. Mogę tak ciągnąć przez kilka dni, bracie. Pieprzone dni i było coraz gorzej. Więc Jus wydaje się fajna. Ale nie otwieram się szeroko dla takich kobiet. Nie ma mowy. Jak nie trzymasz swojego gówna, zostajesz spalony”.

„Nie uważam tego za śmiesznie, tylko wytykam ci, że znam cię od lat, po raz pierwszy o tym usłyszałem, więc nie otwierasz się dla nikogo, Deke. Prawdę powiedziawszy, jesteś ostatnim mężczyzną samotnym w naszej grupie, który nie ma łańcucha, co do którego nie mamy nic przeciwko temu, żeby zwisał naszej z kostki, a szczególnie naszymi z kobietami” - zauważył Wood.

„Mam powód” - burknął Deke.

„Jedna z tych suk cię spaliła?” - spytał cicho Wood.

Jasne słońce, piwo i wędka w ręku wprawiły Deke’a w nastrój do dzielenia się. Podzielenia się gównem, które znało tylko kilka osób, a jedynymi w mieście byli Tate i Jim-Billy.

A może było to przebywanie w pobliżu Jus, dzień w dzień, jej pokusa, co oznaczało, że musiał wyrzucić to gówno i przypomnieć sobie, kim jest i jak do tego doszło.

„Jedna z córek mnie podeszła. Przeszła od paskudnej do słodkiej. Zrobiła to, bo chciała mojego penisa, dysząc do niego. Miałem piętnaście lat i jedyną rzeczą w moim umyśle była cipka, więc dałem jej to” - stwierdził Deke - „Kiedy nie chciałem więcej, powiedziała tacie. Wywalił tyłek mamy, a potem na nią nagadał i mama i ja wylądowaliśmy w schronisku dla bezdomnych na sześć miesięcy, a to było trochę po tym, jak większość tych miesięcy spędziliśmy na ulicy. To wszystko, co zniosła mama było przeze mnie. Więc tak, jedna z tych suk mnie spaliła, Wood”.

Kiedy mówił, Wood spojrzał w jego stronę - „Jezu, Deke. Nie miałem pojęcia”.

„Mama w końcu dostała pracę, a jak byłem wystarczająco duży, ja też. Wyszliśmy. Zajęło to dwa miesiące, ale wyszliśmy. Pracowałem i nie wróciłem do szkoły, żeby trzymać nas z dala od tego pieprzonego miejsca”.

„To jest do bani, bracie” - powiedział cicho Wood.

To było kurwa.

To było najgorsze.

Mógłby to przeboleć. Deke mógł przeboleć wszystko. Nie potrzebował wiele. Nauczył się nic nie potrzebować, aby jego matka mogła żyć, kiedy nie była w stanie mu tego dać.

Ale cholernie nienawidził patrzeć, jak jego matka cierpi w ten sposób.

Martwiła się tak bardzo, że nigdy nie spała (a Deke wiedział, że nie spała, bo on nie spał i słyszał, jak rzuca się w łóżku w tym pieprzonym schronisku). Kopała swój własny tyłek, że nie mogła dać lepszego życia swojemu chłopcu. Błagała opiekę społeczną, aby pozwoliła jej go zatrzymać, gdy zbierała swoje gówno do kupy.

Nienawidził tego wszystkiego, bo było wiele rzeczy do nienawidzenia.

A większość tej nienawiści polegała na tym, że włożył swojego penisa tam, gdzie nie należało i sprawił, że jego mama przez to przechodziła.

Ponieważ nie było powodu, by odpowiadać Woodowi, Deke nic nie powiedział.

„Rozumiem, co mówisz, człowieku, ale rodzina Emme ma pieniądze, a ona nie jest taka” – zauważył Wood.

„Tak i Emme ma na palcu obrączkę Deckera” – odparł Deke.

„Mówię, że twoja historia jest do bani, a ty jesteś bratem, jesteśmy blisko, nienawidzę wiedzieć, że to się przytrafiło tobie i twojej mamie. Ale nadal nie wszystkie są takie same jak inne z ich rodzaju. Emme to dowód”.

Deke spojrzał na jezioro.

„Ta Jus jest młoda? Stara? Piękna? Mężatka?” - zapytał Wood.

„Młoda. Nie ładna, cholernie ładna. Żadnej obrączki, żadnego mężczyzny, z tego co widzę”.

„I przynosi ci kanapki”.

Deke zwrócił uwagę na Wooda - „Podoba jej się palenisko, które zbudowałem”.

Wood wybuchnął śmiechem.

Deke spojrzał z powrotem na jezioro.

Wood wciąż się śmiał, kiedy zapytał - „Jesteś aż tak niedomyślny?”

Deke zwrócił oczy z powrotem na Wooda.

„Ona na mnie leci” - powiedział cicho - „Próbuje to ukryć, ale często się zdradza. Nie pójdę tam, Wood. Nawet jeśli nie jest cipką, jak większość z jej gatunku, nie jest Emmą. Cholera, będąc ciąży Emme kłóci się z Deckiem, by pozwolił jej wykonać coś z płyty gipsowo kartonowej czy czegoś tam, do cholery, w tym jebanym wraku ich domu. Emme nie przypomina wielu kobiet”.

„To prawda” - mruknął Wood.

„Jus nie pracuje” - trzymał go Deke - „Nie wiem nawet, co robi, poza rozmowami przez telefon i wydawaniem pieniędzy. Puknięcie kobiety, która płaci moją pensję, jest cholernie głupie. To się nie wydarzy. Byłem tam, nauczyłem się tej lekcji w popieprzony sposób”.

„Tak, nauczyłeś się” - odpowiedział cicho Wood.

Deke usłyszał jego słowa, nie przyjął ich do wiadomości, ponieważ nie musiał i szedł dalej.

„Jak praca będzie skończona, pójście tam, chyba że jej obietnica jest całkowitym kłamstwem, byłoby zajebiste. Ale wszedłbym w to, wiedząc, że ona nie ma ochoty na nic jak tylko dużo pieprzenia, aby się nasycić i nic na drugim końcu dla każdego z nas. Mam wystarczające doświadczenie, aby wiedzieć, że większość kobiet nie lubi tego gówna. Kobietom takim jak ona podobałoby się to mniej. Więc to się nie stanie”.

„Dlaczego nie byłoby nic na końcu?”

„Jej dom kosztuje więcej, niż ja zarobiłem może w całym moim życiu, Wood. Skądkolwiek przybyła, żeby się tu dostać, nie musi pracować, a uwierz mi, nie tylko wygrała na loterii. Ma trochę pieniędzy, można je wyczuć z kilometra, głęboko w jej kościach. Zgodziłbyś się z tym?”

„Pieprzy mnie to mówić, ale rozumiem twój punkt widzenia” - odparł Wood.

Spojrzenie Deke’a powędrowało na jezioro.

„Rozumiem twój punkt widzenia, Deke, ale ta kobieta przynosi ci kanapki” - powiedział Wood - „Może nie być tym, z czym były te suki, co cię potraktowały. A jeśli się w tobie buja, bądź fajny”.

„Nie jestem kutasem” - powiedział Deke jezioru, chociaż był na tyle, by ją zniechęcić.

Mógłby być większym kutasem, ale ona na to nie zasłużyła. Wiedział o tym, nawet jeśli mało o niej nie wiedział i choć niewiele wiedział, wolałby tego nie wiedzieć.

Nie był większym kutasem również dlatego, bo kiedy była słodka, nie miał tego w sobie. Nikt nie mógł być kutasem dla Jus, kiedy była słodka, a jeśli jej nie obudziłeś, była słodka cały czas.

Nie podzielił się tym z Woodem. Nie powiedział też, że nadal nie mógł pozbyć się wrażenia, że było w niej coś znajomego.

Ale Deke wiedział, że nie mógł wcześniej spotkać Jus i to nie tylko dlatego, że była tak cholernie przyjazna, a gdyby ją spotkał, nie byłaby taka.

Ponieważ by ją pamiętał, nie ma mowy, żeby zapomniał to, że poznałby kobietę taką jak Jus, te oczy, te włosy, te nogi, ten tyłek, wszystko to cholernie słodkie. Nie było mowy.

Nawet wiedząc o tym, coś w jego wnętrznościach mówiło mu, że widział te oczy, ten tyłek, te nogi i zdecydowanie te pieprzone niesamowite włosy.

Musiał przebrnąć przez tę pracę i dostawać zapłatę.

I tyle.

„Myślę, że chodzi o coś więcej” - zauważył Wood - „Widząc, jak się tam osiedla, a niewiele kobiet chce, aby zostawić to wszystko za sobą, wskoczyć na tył motoru mężczyzny i odlecieć donikąd, gdy tylko zmieni się wiatr”.

„O to też chodzi” - zgodził się Deke.

Zgodził się, ale o tym nie pomyślał.

To dobrze, że Wood to ruszył. Jakkolwiek jej ubrania i pickup mówiły o niej cygańska księżniczka, nie było mowy, żeby kobieta taka jak Jus zamknęła dom, który miała mieć i wyjechała na otwartą drogę bez celu, bez przeznaczenia, po prostu jeżdżąc, aż twój oddech, będzie ponownie właściwy.

„Czy zauważyłeś, że nic nie bierze?” - zapytał Wood, kończąc rozmowę, bo nie było już nic więcej do powiedzenia, wiedział o tym i wiedział, że nie powinien naciskać na Deke’a.

Tak, Wood był dobrym przyjacielem.

„Zauważyłeś, że siedzimy na tyłkach na brzegu, a nie w łodzi, więc są szanse, że cokolwiek weźmie, to będzie miało centymetr długości?”

„Nie mam ochoty wiosłować na środek tego skurwysyna” - zauważył Wood, pochylając się w lewo i wyciągając zimne piwo.

„To dobrze, bo nie mam łodzi”.

Wood znów wybuchnął śmiechem.

Tym razem dołączył do niego Deke.

*****

Justice

W niedzielne popołudnie wskoczyłam na stołek barowy obok Jima-Billy’ego.

Odwrócił głowę w czapce bejsbolowej w moją stronę, tak jak ja, i uśmiechnął się złamanym uśmiechem, z brakującym jednym zębem.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to naprawi, ale miałam nadzieję, że tego nie zrobi. Jak zauważyłam do tej pory podczas mojej podróży przez życie, były pewne niedoskonałości, które były doskonałe. Jednym z nich był brak zęba Jima-Billy’ego.

„Co się dzieje?” - zapytałam.

„Nic” - odpowiedział.

„Nie wiem, czy mam się z tego powodu cieszyć, czy smucić” - zauważyłam.

„Ja się cieszę. Proste życie, proste przyjemności” - Jim-Billy podniósł swój projekt - „Oznacza, że zawsze unikasz rozczarowania”.

Patrzyłam na niego przez chwilę, kołysząc się tą mądrością, zanim zapytałam - „Kim jesteś, góralskim maharishi[1]?”

„Tak” - mruknął i odwrócił wzrok, wypijając duży łyk piwa.

Wybuchnęłam śmiechem.

Skończyłam się śmiać z Jim-Billy ponownie patrząc w moją stronę i uśmiechając się.

Pojawiła się Krystal, rzucając przede mną podkładkę pod piwo na bar.

„Co pijesz?” - zapytała.

„Piwo. Zimne. Nie obchodzi mnie, jakie, ale żadne z tych wymyślnych rzeczy, bo mnie rozdrażnisz” - odpowiedziałam.

Spojrzała ode mnie na Jima-Billy’ego - „Wiem, że to jest wbrew wszystkiemu, czym jestem, ale już ją lubię” - oświadczyła, kiwając głową w moją stronę.

To było świetne.

„Ciąża cię zmiękcza” - skomentował Jim-Billy.

Ocho.

Nie była to właściwa rzecz do powiedzenia.

„Cofnij to” - warknęła, udowadniając, że moja ocena jest słuszna.

„Nie jest źle, kochanie” - zauważył Jim-Billy.

Pochyliła się do niego - „Cofnij to”.

„Krys…”

„Nazywam się Justice Lonesome” - wypaliłam powód, dla którego tam byłam (oprócz tego, by posiedzieć, napić się piwa i poznać więcej moich sąsiadów z Carnal).

Krystal i Jim-Billy spojrzeli na mnie.

Zaczęłam to, nadszedł czas. Shambles i Sunny wiedzieli. Chociaż prosiłam ich, aby milczeli, dopóki nie będę gotowa, aby to uwolnić, a oni obiecali to zrobić, im bardziej poznawałam tych ludzi, im dłużej tego nie powiedziałam, tym była większa szansa, że zabiegam o możliwość zranienia ludzkich uczuć. Ponieważ wszystko, co ważne w końcu staje się kłamstwem, jeśli jest  przemilczane, jeśli pozwolisz, by do tego doszło.

„Mój ojciec to Johnny Lonesome. Ciotka i wujek Tammy i Jimmy. Dziadkiem był Jerry”.

Brnęłam przez to, chociaż oboje wpatrywali się we mnie w milczeniu.

„Nagrałam płytę sześć lat temu. To poszło dobrze. Byłam z nią w trasie. Szło mi dobrze. Wtedy mój perkusista przedawkował. Był dobrym facetem. Dobry przyjaciel. Był z moim tatą, zanim wyruszył ze mną w trasę, więc znałam go od lat. Był częścią rodziny. To mnie rozdarło. W trasie związałam się z innym facetem z mojego zespołu. Był w tym gównie, a nasza utrata kogoś nie kazała mu przestać. Chciał, żebym była z nim w tej podróży. Nie chciałam mieć z tym nic wspólnego. Presja była duża, bo to życie jest ekstremalne i często potrzebujesz czegoś, aby iść dalej. Nie byliśmy z sobą na  poważnie, ale to było brzydkie zerwanie. To też mnie rozerwało. Wiele z tego gówna, które zrobiłam i widziałam, i musiałam przeżyć, żeby żyć tym życiem, zniszczyło mnie. Więc zostawiłam to”.

Jim-Billy i Krystal wciąż się gapili.

Ciągle paplałam.

„Tata zmarł na tętniaka cztery miesiące temu. Żadnego ostrzeżenia, z wyjątkiem tego, że jadł wszystko, co mu się podobało i pił wszystko, co chciał, i nie dbał o siebie, ale biegał po scenie, jakby miał jeszcze dwadzieścia jeden lat, więc lekarze powiedzieli, że gdyby nie to, miałby udar lub zawał serca i nie później, ale wcześniej. Był Johnny’m Lonesome, ale dla mnie był tylko moim tatą. Kochałam go. Kochał mnie. Bardzo. I tęsknię za nim”.

„Jus” - wyszeptał Jim-Billy.

Wiedziałam dlaczego. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.

Skupiłam się na nim, ponieważ Krystal wyglądała na wkurzoną.

„Nie powiedziałam wam, bo chciałam spokoju” - szepnęłam w odpowiedzi do Jima-Billy’ego - „Tylko przez jakiś czas, kiedy byłam tylko Jus. Nie Justice Lonesome, nie córka Johnny’ego Lonesome, wnuczka Jerry’ego. Chciałam, żebyście poznali mnie. A od śmierci taty dzieje się wiele rzeczy i to mnie boli. Więc chciałam tego spokoju. Przepraszam, że nie podzieliłam się od razu. Ale czy możecie zrozumieć, dlaczego tego nie zrobiłam?”

„Oczywiście, kochanie” - powiedział natychmiast Jim-Billy.

„Justice Lonesome” - powiedziała nad nim Krystal.

Spojrzałam na nią i przygotowałam się.

„Słyszałam, że córka Johnny’ego nagrała przebój. Słyszałam piosenkę. To było powolne i soczyste. Więc mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, ale oddałam moje serce twojemu staruszkowi. Kupiłam każdy album, który wydał, widząc, że był cholernym geniuszem rock’n’rolla” - oświadczyła.

„Nie mam nic przeciwko” - powiedziałam jej cicho, ciepło spłynęło do mojego serca na jej słowa o tacie, wciąż byłam przygotowana, bo nie wysyłała do mnie ciepłych wibracji.

„Dwa razy widziałam go na koncercie. Dwa najlepsze koncerty w moim życiu” - stwierdziła.

„Tak. Był świetny na żywo” - zgodziłam się.

Nagle jej ręka wyszła z dłonią płasko na barze przede mną.

Nie dotknęła mnie, nawet blisko.

To, co zrobiła, to spojrzała mi w oczy i powiedziała tonem, którego nigdy nie słyszałam, w mojej niezbyt długiej znajomości z Krys, ani nie podejrzewałam, że mogłaby znieść - „Jego strata była wielka”.

I to było ciepło.

Nie mogłam tego zrozumieć.

Żałoba była trudną sprawą. Kiedy straciliśmy dziadka, dowiedziałam się, że najlepsi dla mnie nie byli ci, którzy patrzyli z żalem, patrzyli ze zrozumieniem, ale trzymali język za zębami.

To byli ludzie, którzy okazywali sympatię.

Oznaczało to dla mnie cały świat i trzeba było odejść i wynieść to w czasie, by strata była mniej dotkliwa, a słowa mogły być kojące.

Ale kiedy strata była dotkliwa, rana była szerzej rozdarta.

„Dzięki” - odpowiedziałam drżąco.

Krystal znała mój gatunek. Widziała dokładnie, co czułam.

„Potrzebujesz piwa” - zawyrokowała, cofając rękę.

Odchrząknęłam - „Tak”.

Jim-Billy poruszył się i nie przestawał mnie dotykać.

Ujął moją dłoń na barze i uścisnął ja cudownie, zanim puścił.

Posłałam mu kiepski uśmiech.

Dobrze zrobiłam, wybierając ten szalony dom w tym szalonym mieście z tymi szalonymi ludźmi.

Więc, tak.

Krys wróciła z moim piwem.

Kontynuowałam misję.

„Gdybyście mogli, no wiecie, nie kłamać, ale nie rozpowszechniać tego. Podzielę się i wszystko. Jeśli znacie Shamblesa i Sunny z La-La Land, cóż, słuchali moich rzeczy, więc oczywiście już mnie znali, zanim spotkaliśmy się poprzedniego dnia. Ale wiecie, trochę więcej tego spokoju byłoby okej dla mnie”.

„Kochanie, uzyskasz spokój. Jakikolwiek skurwysyn pieprzyłby się z twoim spokojem, wsadzę mi śrut w dupę” - oświadczyła Krystal.

Moje oczy się rozszerzyły.

„Nie żeby cię przestraszyć ani nic” - Jim-Billy pochylił się do mnie i szepnął scenicznie - „Ale ona nie żartuje”.

„Cholerna prawda” - powiedziała Krystal i szybkim ruchem głowy z czarnymi włosami z ognistymi włosami wskazała mój kufel.

„Trzym się, potrzebujesz dolewki”.

Odeszła.

„Bubba powinien był ją zapłodnić lata temu” - zauważył Jim-Billy, obserwując, jak odchodzi.

Otrząsnęłam się z emocji pozostawionych przez ich dobroć i uśmiechnęłam się do niego.

To nie była ciąża.

Była i nie była.

Tyle, że Krystal, choć na zewnątrz była twarda, nie była głupia.

Ona też rozpoznawała nagrodę.

I to było cholernie niesamowite, że zobaczyła to we mnie.


 



[1] maharishi - hinduski nauczyciel, mędrzec

5 komentarzy: