poniedziałek, 14 lutego 2022

21 - Nigdy więcej (cz.1)

 

Rozdział 21

Nigdy więcej (cz.1)

Deke

 

 

 

Deke poczuł, jak Jussy kładzie dłonie na jego brzuchu, jej włosy opadają na jego klatkę piersiową, gdy wyginała się w łuk, jej nektar zalewał mu usta, gdy dochodziła na jego twarzy.

Przyjął to, trzymał ją tam tak długo, jak mógł, zanim musiał dać sobie to, czego potrzebował.

Chwytając ją za biodra, pociągnął ją w dół swojej klatki piersiowej, zsunął z siebie i wtoczył się w nią, ciągnąc ją do boku, plecami do siebie. Chwycił penisa, przesuwając się w dół. Prowadząc kutasa, wjechał do środka, a kiedy ją wziął, poczuł, jak gorąca i gładka jej cipka otula go, gdy wciąż dochodziła.

Wbił pod nią jedną rękę i podniósł ją, by objąć jej gardło, pchając ją, gdy zginał szyję, tak że jej głowa poszybowała w górę jego policzka, a włosy wplątały się w jego brodę. Wtulił twarz w jej szyję, a drugą rękę włożył między jej nogi, wpychając się, znajdując jej łechtaczkę palcem, przetaczając się mocno.

„Wracaj tam, Cyganko” - warknął, wbijając się w jej ciasną cipkę, czując, jak jego własny orgazm zbiera się w jego jądrach, w kutasie.

Dyszała cicho, poruszając biodrami, by kołysać się w jego pchnięciach, jednocześnie miażdżąc jego palce.

„Boże” - szepnęła.

„Jedź tam” - rozkazał.

„Boże” - wydusiła.

„Mała…” - wsunął rękę w jej gardło, aby owinąć ją pod jej szczęką - „jedź tam” - warknął.

Przycisnęła głowę do jego ramienia, gdy przestała dyszeć i zaczęła miauczeć. Poczuł przypływ wilgoci jej drugiego orgazmu otulający jego kutasa i nie mógł się powstrzymać. Przesunął rękę spomiędzy jej nóg, by móc objąć ramieniem jej brzuch i powalić ją na dół. Wjeżdżając poczuł słodkie uwolnienie, spermę tryskającą w jej wnętrzu, jego świat zawężał się tylko do tego. Jego kutas zatopiony głęboko w Jussy, jej śliska, przytulna, słodka, gorąca cipka ściskała go od nasady aż po czubek, dojąc go do sucha, gdy poczuł, jak jej ciało drży, nie pod wpływem jej orgazmu, ale moc jego ciała zabiera ją na przejażdżkę z jego orgazmem.

Zajęło mu trochę czasu wyprowadzenie się z niego i równie powoli jego świat się rozszerzył. Poczuł jej miękkość wtuloną w niego. Poczuł jej włosy. Posmakował esencji jej skóry wpadającej do jego ust, gdy oddychał ciężko na jej szyi. Słońce świeciło pod jego zamknięte powieki. Słyszał odgłos oddechów Jussy, który zaczął się wyrównywać. Czuł dotyk jej miękkich prześcieradeł, twardego materaca, rozgrzanych przez ich ciała.

Nie usatysfakcjonowany tym, co dostawał, Deke poszedł wprost, dotykając językiem jej skóry, próbując Jussy. Jego ręka wciąż na jej szczęce odepchnęła jej głowę jeszcze dalej, gdy odwrócił swoją, przesuwając ustami w górę jej szyi, by pracować tuż pod jej uchem, wiedząc, że podobało jej się to, co jej dawał, gdy rozluźniała się w jego uścisku.

Przesunął drugą ręką w górę jej brzucha, piersi, klatki piersiowej, szyi i z powrotem do włosów. Zebrał je tam, wysoko, czując, jak plątanina loków ciągnie się po jego klatce piersiowej i popchnął jej głowę do przodu, poruszając ustami, by pracować na jej karku.

Zadrżała przy nim, wyrwał się z niej cichy dźwięk, który poczuł, jak ściska jego jądra, ale pozostała nieruchoma, biorąc to, co dawał, lubiąc to, jej cipka zacisnęła się wokół jego wciąż zakorzenionego penisa.

Odsączył palce z jej włosów i lekko uniósł głowę, przesuwając ustami do jej drugiego ucha.

Zatopił tam lekko zęby, smakując metal jej kolczyka, zanim puścił ją i wyszeptał - „Kocham moją Cygankę”.

Dreszcz, który to wywołało, był większy, wewnątrz i na zewnątrz, zmuszając go do wciśnięcia bioder w jej tyłek, pogłębiając połączenie, które tracili, gdy twardość opuszczała jego kutasa.

„Też cię kocham, Słonko” - odszepnęła, odnajdując jego dłoń, zakrywając jej grzbiet swoją, splatając swoje palce z jego palcami.

Deke poruszył się natychmiast, by pocałować skórę w miejscu, gdzie jej ramię stykało się z szyją, zanim usadowił się za nią, z twarzą w jej włosach, trzymając ją blisko, robiąc to, aż w naturalny sposób wyślizgnął się z niej mokry, zmoczony nim, zmoczony nią, nimi.

A on nadal ją trzymał.

To Jussy poruszyła się pierwsza, ale tylko po to, by odwrócić się w jego ramionach, spojrzeć mu w twarz i robić to, co często robiła.

Przyglądała się temu uważnie, ale, jak zwykle, nie trwało to długo, zanim to, co tam znalazła, uspokoiło ją. Wtopiła się w niego i podniosła rękę, by lekko wbić palce w jego brodę, gdzie je zostawiła.

Po pieprzeniu, trzymając ją, ich ciszę, jej spokój, nie chciał wychodzić z tego łóżka. Była sobota po skończeniu domu Jussy. Klient, dla którego pracował Max, nie chciał mieć nadgodzin. Więc mieli cały weekend.

Również nie mieli tego, bo nie marnowała czasu, zapraszając wszystkich o parapetówkę, prezenty nie były dozwolone, a ona robiła kadź kurczaka Steph.

Nie wspominając, że znał swoją dziewczynę. Seks pomógł jej pozbyć się porannego nastroju. Ale go nie wykorzeniał.

„Chcesz kawę?” - zapytał.

„Tak, kochanie” - odpowiedziała.

„Chcesz pancakesy?” - kontynuował.

Uniosła brwi - „Umiesz robić pancakesy?”

„Kochanie, kupiłaś Bisquick wraz ze wszystkim, co miał do zaoferowania sklep. Dodaj jajka, mleko, wymieszaj, zalej, usmaż, zjedz. Nietrudne”.

Uśmiechnęła się - „W takim razie tak, chcę pancakesy”.

Odwzajemnił uśmiech, zanurzył się, przycisnął usta do jej ust i odsunął się - „W takim razie zajmę się kawą i pancakes’ami. Umyj się”.

„Racja, Deke”.

Uścisnął ją, a następnie zgiął się ponownie, tym razem dotyk ich ust trwał znacznie dłużej i zawierał zdrowy smak jego Cyganki.

Kiedy skończył, obrócił się, uważając, by przykryć Jussy kołdrą. Wyciągnął swój tyłek z łóżka, szarpiąc nią wyżej, wiedząc, że będzie leniuchować, nie godzinami, ale tak długo, jak będzie potrzebowała.

Pochylił się, chwycił swoje polarowe spodnie dresowe, które zdjął, by zerżnąć swoją kobietę i wciągnął je. Następnie złapał ze stolika nocnego opaskę, którą Jussy zawsze ściągała mu, kiedy pieprzyli się przed snem i użył jej do zabezpieczenia włosów.

W drodze do drzwi odwrócił się, żeby ją zobaczyć, pomieszany bałagan ciemnych loków na łóżku i poduszce za nią, jej wzrok na nim, jej wygląd leniwy i słodki.

Podciągnęła jedną stronę ust.

Odpalił to samo, odwrócił się twarzą w stronę miejsca, do którego zmierzał i wyszedł z pokoju.

Wchodząc do jej otwartego salonu, Deke spojrzał w prawo i zobaczył, co Jussy stworzyła ze swoim projektantem.

Mogła mieć pomoc projektanta, ale to, co stworzyła, było po prostu Jussy.

Dwie pełne kanapy po bokach kominka równolegle do domu, obie pokryte miękkim wyblakłym dżinsem, cztery fotele z postarzanej brązowej skóry z mosiężnymi guzikami zaznaczającymi ich krawędzie, dwa zwrócone plecami do drzwi wejściowych, dwa poprzecznie z tyłu do kuchni.

W kącie pod skosem przy frontowych oknach kolejna duża kanapa, smukła, w kolorze ciemnobrązowym, z jednym czerwonym fotelem z jednej strony, jasnoniebieskim z drugiej strony, z pasującymi podnóżkami, ale zamienionymi, niebieski przed czerwonym fotelem, czerwony przed niebieskim.

Duży kwadratowy stolik kawowy. Więcej stolików między fotelami i kanapami. Lampy stojące dookoła, żeby nic nie przeszkodziło w postawieniu butelki piwa, szklaneczki Burbona czy talerza ze skończonym jedzeniem.

Miała kolejny siedemdziesięciocalowy telewizor zamocowany na niezłym uchwycie, który wysuwał się, ustawiał pod kątem w górę, w dół i na boki. To była sugestia Deke’a, dająca możliwość przyciśnięcia telewizora równo do ściany, aby był widoczny z siedzenia przy kominku, lub ustawienia pod kątem tak, by był bliżej przestrzeni narożnej i obserwowania go stamtąd, lub ponownie pod takim kątem, aby mógł być widocznym z kuchni.

Drzwi do jej pokoju muzycznego były otwarte, a ten pokój był pomalowany na czarno i mógł zobaczyć jej gitarę na stojącym tam stojaku, wygiętą kanapę pokrytą skórą w kolorze ciemnej czekolady i lśniącą. Miała tam również zakrzywione fotele z kremowym spodem i nadrukiem zebry z przodu. Był tam duży dywan ze stonowanym czerwonym wzorem. Do tego były skrzynie z ciemnego drewna o różnych rozmiarach, w których znajdował się najwyższej klasy sprzęt stereo i głośniki, które ustawiła, a także kolekcja płyt CD, które wysłała jej macocha, coś, co było drogie. I wreszcie fotel w panterkę przed kobiecym, niemal delikatnym biurkiem, na którym umieściła laptopa.

Przeszedł do kuchni i zajrzał do otwartych drzwi jej jadalni. Jedna strona tego pokoju była zakrzywiona i zajęta masywnym, okrągłym stołem otoczonym dwunastoma krzesłami. Niektóre miały podłokietniki i owalne oparcia i były pokryte tygrysim nadrukiem. Inne miały wysokie oparcia, opadające do wewnątrz, pokryte aksamitem w kolorze czerwonego wina. Ostatnie, znowu z wysokimi wywinięte oparciami z ciemnofioletową aksamitną tapicerką zapinaną na guziki.

Wybrane przez nią żyrandole, oprawy oświetleniowe i inne oświetlenie były zrobione z gałęzi lub żelaza, były to duże, wyraziste elementy, które wraz z całą resztą przyciągały wzrok, więc nie wiedziałeś, gdzie patrzeć, ale to wszystko było takie gówno, ty chciałeś ogarnąć wszystko na raz. Wliczając w to cztery wiszące nad wyspą wisiorki, które kończyły się dużymi, wadliwymi, podłużnymi kulami, które wyglądały prawie jak krople, szkło było dmuchane tak, że bąbelki były uwięzione w środku.

Wyspa była również otoczona sześcioma stołkami biegnącymi wzdłuż krawędzi, niskimi oparciami, naprawdę głębokimi siedzeniami, wygodnymi i pokrytymi wzorem tureckim paisley, który wprowadzał wszystkie kolory do gry. Bogata kolorystyka. Ciepłe kolory. Rockowe kolory. Kolory Jussy. Czerwony, niebieski, brązowy, fioletowy, czarny.

Na podłodze leżały dywany i dywaniki (i w końcu jeden w jej sypialni, nawet jeśli zajęło mu, Ty, Tate’owi, Bubbie i Chace’owi dużo siły, by podnieść jej ogromne łóżko, podczas gdy Jussy i Lauren zwijały je pod spód). Wokół były rozrzucone poduszki ozdobne, o których Jussy powiedziała mu, że to moher. Tu i tam udrapowane owcze skóry. Miękkie, puszyste poduszki w każdym kształcie, jaki można sobie wyobrazić w całym pieprzonym miejscu.

Nie wspominając o tym, że każdy pokój na piętrze był umeblowany aż do pościeli i ręczników w łazienkach. Tam jednak były draperie.

Na dole Jussy miała swoje rzeczy, należące do jej ojca i dziadka, które czekała, po pierwsze aż wyślą je mama lub macocha, a po drugie czekała, by skończyło się nieznośne gówno, do które ciągnął jej przyrodni brat, by zdobyć je, aby mogła je zamontować tam, gdzie chciała.

Kazał też chłopcom zbudować tam podwójną platformę, biegnącą wzdłuż całej tylnej przestrzeni. I zamówił podświetlane półki na książki dopasowane od ściany do ściany, od podłogi do sufitu po obu stronach, sam wstawiając sufitowe oświetlenie małych punktów, które miały uwydatnić gitary, gdy będą tam, gdzie powinny być. Wszystko po to, by mogła pokazać te gitary oraz nagrody od dziadka i ojca, którymi podzieliła się z Daną, a które były w posiadaniu jej ojca.

Deke zatrzymał się przy lodówce ze szczotkowanej stali nierdzewnej i omiótł całą przestrzeń.

To była Jussy, od jednego końca do drugiego, od góry do dołu.

To było wielkie.

Krzyczało pieniądze.

A poza swoją przyczepą nigdy w całym swoim życiu nie czuł się bardziej zrelaksowany w przestrzeni.

Nie czuł się, jakby to było jej. Ponieważ jego dłonie dotykały prawie każdego centymetra, każdego pociągnięcia farby, każdego gwoździa i deski podłogowej – z dodatkiem faktu, że nie wybrała ani mebla, nawet cholernej ozdobnej poduszki bez jego zgody – czuł, jakby to było ich.

Jego matka nigdy nie miała domu. Nawet gdy żył jego ojciec. Wynajmowali, oszczędzając i żyjąc skromnie, by kupić, kiedy mieliby okazję i te oszczędności były jedynym powodem, dla którego była w stanie utrzymać dach nad jego głową przez miesiące, które zajęła jej żałoba, a jednocześnie znalazła pracę.

Teraz czuł się, jakby był w domu.

Nie dał ani grosza na dom Jussy, ale jego energia i pot połączyły wszystko.

Nie chodziło nawet o to.

To była Jussy, prawie od samego początku - zanim pospieszyli, żeby być razem - sprawiała, że czuł, jakby to była jego przestrzeń, część niego, tak jak była częścią niej.

Deke czuł to w sposób, który znał, że, kiedy wrócą z drogi, by osiedlić się na zimę, on pójdzie nad swoje jezioro. Będzie łowił ryby. Zabierze swoją kobietę do przyczepy, żeby była z nim, będzie pieprzył ją tam, pozwalał jej odcisnąć piętno gównem, które zebraliby po drodze, wbijając jej część w jego historię, która teraz zaczynała być ich historią na sufit, ściany.

Ale właśnie tu byliby, żeby Jussy mogła mieć ojca blisko siebie przez jego gitary i całe inne jego gówno, a Deke mógł być w miejscu, które jej dał – nie oferując go za pieniądze – składając to w całość, ponieważ to była jego praca.

I w ten sposób mógł dać jej to, czego potrzebowała.

Otrząsnął się ze swoich myśli, tak dobrych jak były, ponieważ musiał zaparzyć swojej kobiecie kawę.

Nastawił ekspres, wyjął Bisquick, jajka i mleko i sięgał po miskę do mieszania z szuflady, kiedy usłyszał, że ktoś przejeżdża jej podjazdem.

Spojrzał na frontowe drzwi, wiedząc, że to może być każdy.

Nawet jeśli wszyscy zostali zaproszeni do jej domu na ten wieczór, nie oznaczało to, że jedno (lub kilkoro z nich) nie będzie przy jej drzwiach z jakiegokolwiek powodu, dla którego potrzebowaliby Jussy.

Tak to właśnie działało. Jussy była teraz częścią Carnal, a kiedy ludzie z Carnal cię zaakceptowali, tak się działo.

Deke zostawił gówno na wyspie, obszedł marmur i skierował się do drzwi.

Otworzył je i stanął w nich. Słońce świeciło jasno na niebie. Śnieg, który leżał na ziemi, przetrwał środowy chłód, a następnie zniknął w czwartek po południu, po tym, jak ciepło wróciło, co oznaczało, że dynie jego kobiety znów wyszły na zewnątrz.

Na podjeździe stał lśniący czarny Escalade.

Wysiadła z niego kobieta, długie nogi, wielki tyłek, duża głowa o kasztanowych włosach, profil, który był lustrem Jussy.

Odwróciła się do niego całą twarzą w okularach przeciwsłonecznych. Nie widział jej oczu, ale wciąż wiedział, że to Joss.

Zatrzasnęła drzwi i w butach na wysokim obcasie, z zaokrąglonymi biodrami ubranymi w wyblakły dżins, w kobiecej kurtce z owczej skóry, która wyglądała na oderwaną od Carly Simon i przeniesiona prosto z lat 70 na ramionach, z ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi zasłaniającymi je oczy, poruszała się po żwirze, jakby ślizgała się z gracją po lodzie.

Kiedy wyczuł ruch, Deke przeniósł uwagę na mężczyznę okrążającego maskę SUV-a. był wysoki, bardzo chudy, jego głowa była masą długich, splątanych, poskręcanych na czubku, brudno blond włosów. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, która miała wiele zamków i zatrzasków z dyndającym paskiem na dole, czarne dżinsy, buty motocyklowe z pierścieniami po bokach i czarne okulary zasłaniające oczy.

Roddy Rembrandt.

Rodzina Jussy zjechała bez uprzedzenia.

Kurwa.

Nie poruszył się, nawet gdy weszli na frontowy chodnik i zatrzymali się przed nim.

„Jezu, jesteś dużym chłopcem” - mruknęła mama Jussy.

A patrząc na nią z bliska, Deke był wprost oszołomiony.

Ani zmarszczki nie było na jej twarzy. Okulary wciąż miała założone, więc nie mógł zobaczyć jej oczu, ale z tego, co mógł zobaczyć, wiedział, że kobieta ma pięćdziesiąt trzy lata, a wyglądała, jakby nie miała nawet czterdziestki.

„Jesteś Joss” - stwierdził.

„Tak” - oświadczyła - „A ty jesteś Deke”.

„Tak” - odpowiedział, przeniósł swoją uwagę poza nią na Rembrandta, który stał blisko pleców swojej żony i przywitał się - „Rembrandt”.

„Koleś” - przywitał się mężczyzna.

Deke odsunął się, otwierając dalej drzwi, co oznaczało, że powinni wejść.

Bez wahania weszli od razu.

Zamknął za nimi drzwi i odwrócił się, widząc, że byli już w środku, zwróceni twarzami w jego stronę.

Mama Jussy wsunęła okulary przeciwsłoneczne we włosy i zobaczył szare oczy, a nie brązowe Jussy, i nadal żadnych zmarszczek.

Były wymierzone w jego klatkę piersiową.

A usta miała wywinięte ku górze.

„Jussy leniuchuje” - powiedział - „Rozwalę jej tyłek” i wezmę pieprzoną koszulkę „Kawa jest włączona. Zdejmijcie okrycia, wejdźcie, rozgośćcie się. Wrócę”.

Rembrandt zatrzymał okulary przeciwsłoneczne, jak najwyraźniej robili rockowcy, nawet wewnątrz, ale nie zawahał się zrzucić kurtki.

Kiedy to zrobił, Deke zobaczył koszulkę z długim rękawem, która widziała lepsze czasy, była wyblakła z pierwotnej czerni do ciemnoszarej i miała duże, popękane białe litery z przodu, które mówiły: TO TYLKO ROCK AND ROLL. ALE TO LUBIĘ.

Joss wciąż się do niego uśmiechała.

Jezu.

Deke poruszył się i był w połowie drogi do drzwi prowadzących do tylnego korytarza, kiedy wyszła z niego Jussy, ubrana w nową parę niedorzecznej piżamy, którą wyjęła z pudełka, które przywieziono poprzedniego dnia po zamówieniu internetowym.

Długie spodnie, marszczone w kostce, brzoskwiniowo-kremowe z jasnym haftem na przedzie bioder i na dole nogawki, w pasie tak luźne, że nie zostały w talii, ale wisiały na szczytach bioder. Top, obcisła koszulka termoaktywna w kolorze wojskowej zieleni z oszałamiającym wzorem w gwiazdy, która w żaden sposób nie pasowała do spodni, ale grała z nimi.

Deke nauczył się patrzeć na jasną stronę niektórych ubrań Jussy. Dużo było fantastyczne, bo pokazywało cycki, nogi lub, jeśli się zbliżył, majtki i/lub stanik. W pozostałej części zawsze było w tym coś dobrego, nawet jeśli musiał kopać, żeby znaleźć dobro.

To nie był wyjątek. Top był dopasowany do jej piersi, które wyraźnie nie były związane stanikiem. Spodnie miały rozcięcia na całej długości od marszczonego dołu do pasa.

W łóżku i poza nim jego ręka mogła znaleźć się w bardzo dobrych miejscach z rozcięciami w tych spodniach. A zaczynając jakieś pięć minut po tym, jak założyła je zeszłej nocy, tak się stało. Prawie tak samo dobre było to, że jej sutki prześwitywały przez koszulkę, ją gówno to obchodziło, jemu podobał się widok i lubił to.

„Uch… co do cholery?” - zapytała, jej wzrok był skierowany poza Deke’a na matkę i ojczyma.

„Niespodzianka” - odpowiedziała Joss przeciągając słowo.

Twarz Jussy wykrzywiła się.

Deke zatrzymał się u jej boku i położył rękę na jej brzuchu.

Skierowała na niego swój wkurzony wyraz twarzy.

„Jak widzisz, twoja rodzina jest tutaj. Założę koszulkę. Zrobię pancakesy dla czterech osób. I wszystko jest w porządku” - stwierdził.

Najwyraźniej się nie zgadzała.

Więc przycisnął dłoń lekko do jej brzucha i powtórzył - „Wszystko w porządku, Cyganko”.

Wzięła wdech, a robiąc to ciągnęła go, co oznaczało, że Jussy składała swoje gówno do kupy.

Widząc to, Deke puścił ją i ruszył dalej.

Ale odkrył, że nie poskładała całkowicie swojego gówna do kupy, bo słyszał, jak jej matka pyta - „Moja córeczka przyjdzie i uściska mamę?”

„Tak, przyjdzie, bo cię kocha. Ale najpierw zapyta, czy ty i Roddy macie połamane wszystkie palce, że nie mogłaś do mnie napisać SMS-a, żeby powiedzieć, że masz zamiar pokazać się tak wcześnie w pieprzony sobotni poranek”.

To wszystko, co usłyszał, zanim znalazł się w jej pokoju, a głosy stały się mniej wyraźne.

Więc uśmiechał się, kiedy wszedł do jej pokoju.

Złapał swój własną koszulkę termiczną, założył ją i przeniósł swój tyłek z powrotem tam, gdzie była Jussy z rodziną.

Kiedy tam dotarł, zobaczył, że kurtka Joss z owczej skóry jest zdjęta, a jej torba rzucona na jedną z dżinsowych kanap. Odsłoniło to jaskrawoczerwoną koszulkę, z ledwie widocznymi rękawami i cholernie fajnym chińskim smokiem wyszytym z przodu.

Kurtka Rembrandta też leżała na kanapie, a Jussy go przytulała. Był nerwowy, krótki, zirytowany, ale nadal był to uścisk.

Usta Deke’a wykrzywiły się, gdy podszedł do boku kanapy naprzeciwko nich i oparł się o nią.

Jussy wyrwała się z ramion Rembrandta i odwrócił się w stronę Deke’a.

„Zakładam, że poznaliście Deke’a” - zauważyła, wyciągając do niego rękę.

„Poznaliśmy” - odparła Joss.

„A Deke jest łagodnym facetem, więc zawsze jest wyluzowany, więc nie mogę od niego się dowiedzieć, czy byłaś spoko, kiedy go poznałaś” - kontynuowała Jussy.

Oczy Joss zwęziły się na córce - „Jesteśmy tu ledwie pięć minut, dziewczyno i ledwo powiedziałem do niego pięć słów”.

Jussy uniosła brwi do matki, nie tracąc ani chwili - „A czy te pięć słów było spoko?”

Joss wydawała się szykować do ciosu, kiedy Rembrandt ominął kanapę, oparł się plecami o oparcie i opadł na nią, wciąż mając na sobie okulary przeciwsłoneczne, ogłaszając - „Przylecieliśmy nocnym lotem. Mam pieprzonych sześć pieprzonych walizek, cztery wypełnione twoim gównem, Jussy, w tym SUV’ie. Sam walczyłem z tym gównem, bo twoja matka chciała przybyć bez świty” - powiedział to, jakby to ostatnie było najważniejszą kwestią sporną między Joss i Roddym - „Teraz jestem zmęczony do głębi, potrzebuję kawy, jedzenia, żeby bzyknąć żonę, a potem zemdleć”.

„Rod!” - warknęła Joss.

„Co?” - zapytał, patrząc na nią przez okulary przeciwsłoneczne ze swojej pozycji na kanapie - „To wszystko się nie wydarzyło?”

„Wszystko się wydarzyło, ale może byś nie głosił przed nowym mężczyzną Jussy, że zerżniesz swoją żonę. Teraz ta konkretna część się nie wydarzy” - odpowiedziała Joss.

„Ten gość to koleś” - odpalił Rembrandt, odwracając głowę na kanapie, by spojrzeć na Deke’a - „Wielki koleś” - Skierował swoje okulary z powrotem na żonę - „My, kolesie, nie obrażamy się z powodu takiego gówna. On jest spoko”.

„Więc, powiedzmy, że Jussy nie ma ochoty nieść ze sobą wiedzy, że jej łóżko w pokoju gościnnym zostanie ochrzczone przez jej ojczyma, który wypieprzy jej mamę” - odparła Joss.

„Jussy jest fajniejsza niż jej koleś, wiem to na pewno” - wymamrotał Rembrandt, co było absolutnie poprawne, a zrobił to, składając ręce na piersi, jakby był wampirem w trumnie, z wyjątkiem tego, że jego trumna była kanapą, jego nogi zwisały z boku.

Deke świetnie się bawił, kontrolując swoją potrzebę wybuchu śmiechu.

Spojrzał z Rembrandta na swoja Cygankę i stwierdził, że ten wysiłek był łatwiejszy, gdy zobaczył jej pochyloną szyję, zgarbione ramiona i potrząsanie głową z boku na bok.

„Mała” - zawołał cicho.

Podniosła głowę i spojrzała na niego.

Jestem kolesiem, ale wiesz, że jestem fajny”.

„Potrzebuję kawy” - odpowiedziała.

„Mam” - mruknął, odwrócił się i przeszedł do kuchni.

„Słyszałem naleśniki?” - zawołał Rembrandt.

„Po kawie, Roddy” - oświadczyła Jussy, a kiedy to zrobiła, Deke wiedział, że idzie w jego kierunku.

„Rod, podnieś się i przynieś walizki” - rozkazała Joss.

„Pieprzyć to” - odpowiedział - „Nic w nich się nie zepsuje. Mogą poczekać do mojej drzemki”.

„Rod…”

„Wezmę je po naleśnikach” - wtrącił się Deke, wsuwając palce w jeden z nowych kubków Jussy, a drugą sięgając w stronę dzbanka.

„Pomogę”  zadecydowała Jussy.

„Nie, nie pomożesz” - powiedział jej.

„Tak, pomogę” - odpowiedziała.

„Justice” - powiedział nisko.

Spojrzała mu w oczy, westchnęła i podeszła do lodówki, niewątpliwie po śmietankę.

„Proszę swoją ze śmietaną, bez cukru” - oznajmiła Joss.

„Moją czarną i mam nadzieję, że, to pieprzone gówno jest mocne” - zawołał Rembrandt z kanapy.

„Rod, zechcesz ograniczyć język?” - zasugerowała Joss, przesuwając swój treściwy tyłek na stołku barowym, robiąc to z torsem skręconym do kanapy.

Odwracając swoje okulary w stronę żony, Rembrandt odpalił - „Kotku, ten koleś to koleś. Zrelaksuj się”.

Joss zwróciła się do córki, mówiąc - „Wiedziałam, że nie powinnam go przywozić”.

Deke podał Jussy kubek, widząc po jej profilu, że się zgadzała.

Powstrzymał chichot i sięgnął po kolejny kubek.

„Jak myślałaś, że dałbym się pominąć w oglądaniu chłopca Jussy, przypomnij sobie, co powiedziałem ci, kiedy próbowałaś wykluczyć mnie z tej podróży” - powiedział Rembrandt.

Deke nalewał i przez niego usłyszał słyszalne westchnienie Jussy.

Chryste, nie nazywano go „chłopcem”, odkąd durny pracodawca jego matki odnosił się do niego tylko w ten sposób od czasu, gdy rozumiał angielski do dnia, w którym skurwysyn zwolnił jego mamę.

Myślał to i nadal, gdy Rembrandt to robił, Deke poczuł, jak jego usta drgają.

„Abym się nie wkurzyła, oficjalnie ignoruję cię przez następne pół godziny” - powiedziała Joss swojemu mężowi.

„Ja się z tym zgadzam” - mruknął jej mąż.

Deke nie mógł powstrzymać zduszonego dźwięku, który był połkniętym śmiechem.

„Tak bardzo będziemy potrzebować więcej kawy” - wymamrotała Jussy.

Zwrócił się do niej z uśmiechem.

Złapała to, jej twarz złagodniała i odwzajemniła mały uśmiech.

„Dziewczyno, przynieś tu swój tyłek” - rozkazała Joss - „Usiądź przy mamie. I opowiedz mi o tym miejscu, które… jest… w porządku. Jadalnia, córeczko… inspirująca”.

Spojrzenie Jussy pozostało na nim, zanim przeniosła się do swojej matki.

Minutę później Deke przesuwał swój kubek przez wyspę w kierunku Joss, która teraz miała Jussy na stołku u jej boku, kiedy spojrzała na niego.

„Nie pozwoliła mi przyjechać. Musieliśmy ją zaskoczyć. Poprosiła o jakiś czas. Daliśmy jej trochę czasu. Czas się skończył. Jestem pewien, że to rozumiesz”.

Nie prosiła o potwierdzenie. Mówiła mu, żeby lepiej to rozumiał, bo tak było, z więcej powodów niż fakt, że tam byli.

„Rozumiem. I wszystko jest w porządku. Niedługo napije się w niej kawy, poprawi poranny nastrój i też to zrozumie”.

Deke odpowiedział, odsuwając się od wyspy, by wrócić do kubków.

„Jest przystojny” - powiedział otwarcie Joss.

„Proszę, nie mów o nim, jakby go tu nie było” – odpowiedziała Jussy.

„Jesteś przystojny” – stwierdziła głośno Joss, ten Deke wiedział, że było to wycelowane w jego plecy.

„Wdzięczny” - wymamrotał, a słowo to brzmiało jak torturowane, ponieważ była to tortura, która polegała na próbie powstrzymania się od śmiechu.

„I jest duży” - ciągnęła Joss - „Jesteś duży” - zawołała natychmiast, żeby Jussy się tym nie przejmowała.

„Chociaż już ci to powiedziałam”.

Odwrócił się i spojrzał na nią - „Powiedziałaś”.

Potem zaczął iść z napełnionym kubkiem w kierunku Rembrandta na kanapie.

„Powiedziałaś mu, że jest duży?” – zapytał Jussy.

„Kochanie, stał w drzwiach, kiedy tu przyjechaliśmy. Nie mogłam tego przegapić. Na stacji kosmicznej są ludzie, którzy tego nie przegapili”.

Miał na sobie oczy Rembrandta, więc dostrzegł duży, profesjonalnie wybielony uśmiech, który mężczyzna miał na to, czemu Deke nie mógł się odgryźć.

„Nie, masz rację. Nie da się tego przegapić. Ale to nie znaczy, że powinnaś coś o tym powiedzieć” - odparła Jussy.

„Powiedziałam, a on nie dbał o to”.

Ton Jussy zaostrzył się, kiedy zauważyła - „Więc nie byłaś spoko w tych pięciu słowach, które mu powiedziałaś”.

„Justice, wypij swoją kawę. Powrócimy do komunikacji za pięć minut, kiedy kofeina zacznie przenikać przez twój system” - oświadczyła Joss.

Deke uważał, że to dobra decyzja.

„Dzięki, stary” - mruknął Rembrandt, gdy Deke podał mu kubek.

Nie czekał, aż mężczyzna zacznie się podnosić, żeby wziąć łyk. Wrócił do kuchni.

Zanim rozmowa została wznowiona, nalał sobie własnego kubka.

„Jak długo zostaniecie?” - zapytała Jussy matkę.

„Mam spotkanie z klientem w poniedziałek po południu. Rod też ma gówno. Więc musimy wyjechać w niedzielę późnym popołudniem”.

Patrzył, jak jego kobieta ponownie opada barkiem. Teraz, kiedy tam byli i przeszła przez irytację niespodzianką, którą jej zrobili swoim pokazaniem się i tym, dlaczego to zrobili, nie podobała jej się krótka wizyta.

„Chociaż to miejsce to… pieprzone… gówno” - zawyrokował Rembrandt z kanapy - „Całkowicie tu wrócimy”.

„Ale następnym razem damy ci znać” - powiedziała cicho Joss do córki.

To były i nie były przeprosiny.

I kiedy Deke obserwował ją, jak wracał do miski, widział, jak jego Cyganka akceptuje to, robiąc to bezgłośnie.

„Stary, jak bierzesz się za pancakesy, żeby powiedzieć, lubię moje ciasto, mam na myśli średnio wysmażone w środku” - Rembrandt złożył zamówienie.

Deke spojrzał na Jussy i uśmiechnął się.

Odwzajemniła uśmiech, kręcąc głową.

Joss obróciła się w stronę kanapy.

„Po pierwsze, Rod, on nie ma na imię koleś, to Deke. Po drugie, nie jesteś w restauracji. Jesteś w domu Jussy”.

„Myślałem, że mnie ignorujesz” - zauważył Rembrandt.

„Kurwa, zapomniałam” - mruknęła Joss.

Deke nie mógł na to poradzić. Jego ramiona się zatrzęsły, nie udało mu się go powstrzymać i wypuścił chichot.

„Choć wiesz, ja jestem normalna” - stwierdziła Joss - „On nie jest, ale jestem tak normalna, że często mogę nas zrównoważyć. Nie jestem w stanie tego teraz zrobić, bo jego nienormalność jest w nadbiegu, ponieważ jest zmęczony, głodny i napalony”.

Jussy spojrzała w sufit.

Ramiona Deke’a wciąż się trzęsły, gdy jego śmiech stawał się głośniejszy.

Spojrzał podczas tego na Joss i zobaczył piękność, która nawet nie zaczęła blednąć w taki sposób, że w wieku siedemdziesięciu lat będzie tą zajebistą suką, na którą patrzyły dwudziestoletnie dziewczyny i przysięgały, że będą jak ona, kiedy dorosną do tego wieku.

To dobrze mu wróżyło, bo już wiedział, że przekazała to jego dziewczynie.

Kiedy jego śmiech ucichł, powiedział - „Bez obrazy, ale ty też nie jesteś normalna, Joss. Ale wystarczy powiedzieć, że to dobrze. Normalne jest do bani”.

Joss przyjrzała mu się i nie spieszyła się z tym, zanim zwróciła się do córki i powiedziała - „Wyrażam wstępną aprobatę”.

„Jak potrafi zrobić ciastowaty pancakes, wyrażam pełną aprobatę” - zawołał Rembrandt z kanapy.

Wtedy właśnie to usłyszał, chichot Jussy, który zaczął się tak, jak zawsze się zaczynał, z brzęczącym dźwiękiem, zanim stał się pełnym śmiechem.

A potem Deke patrzył, jak upadła na matkę, która złapała ją w ramiona, gdy Jussy owijała swoje wokół Joss.

„Jesteś wrzodem na moim tyłku” - powiedziała w szyję swojej mamy głosem stłumionym przez gównianą tonę kasztanowych włosów, które ustępowały tylko włosom jej córki - „Ale cieszę się, że tu jesteś”.

Deke obserwował, a kiedy to robił, Joss Rembrandt nie uzyskała jego wstępnej zgody.

Uzyskała pełną, za sposób, w jaki jej profil łagodniał, miłość nasycała jej twarz, jej oczy powoli zamykały się w sposób, który wyglądał, jakby potrzebowała tego, by w pełni skupić się na chwili błogości, a jej ramiona wyraźnie się zacisnęły.

„Tęskniłam za tobą, dziewczynko”.

„Też za tobą tęskniłam, Joss”.

Trzymały się siebie.

Deke odwrócił się od matki i córki, aby znaleźć miarki.

*****

3 komentarze: