Rozdział
1
Wzięłam
ich
Justis
Siedem lat później
„Ma
dziesięć akrów, a ostatnio dżentelmen, który jest właścicielem trzech sąsiadujących,
przyszedł do nas i powiedział, że jest gotowy sprzedać tę działkę. Więc może to
być trzynaście akrów. Powiem tylko, że po południowej stronie posiadłości
człowiek, który jest właścicielem tamtego obszaru i od lat sam sobie radzi.
Jego dzieci odeszły i nie wrócą. Mówi się, że ma problemy z opieką nad tym
miejscem, więc może nie być trudne, aby puścił część swojej ziemi. Ma
pięćdziesiąt akrów. Może on podwoi ten obszar, jeśli chcesz koni”.
Chciałam
koni.
Chciałam
ziemi.
Ale
stałam nieruchomo w tej skorupie domu.
„Jak
widać…” - ciągnęła pospiesznie agentka nieruchomości, wiedząc dokładnie to, co ja
widziałam i jaki to był bałagan, bo właśnie to mnie unieruchomiło - „…to jest trochę
szorstkie, ale jak się skończy, to będzie coś zdumiewającego. A para, która go
zaczęła, chciała w nim mieszkać, gdy było wykańczane, więc główna sypialnia i łazienka
są całkowicie gotowe i w pełni funkcjonalne”.
Na
tę wiadomość nie poruszyłam ani jednym mięśniem. Nawet nie mrugnęłam.
I
nie powiedziałam ani słowa.
„I
to wszystko jest tutaj” - kontynuowała agentka - „Wszystkie materiały, nawet
sprzęt AGD, są w pudłach w garażu. Z górnej półki. Lodówka dwudrzwiowa
Sub-Zero. Sześciopalnikowa kuchenka Viking. Marmurowe blaty, choć trzeba by je
wyciąć…”
Urwała,
ale możliwe, że przestałam słuchać, bo nie tylko trzeba było wyciąć marmurowe
blaty.
Wszystko
było do zrobienia.
Były
tam zewnętrzne ściany, wbudowane okna, dach nad tym wszystkim, a na środku
pokoju był kominek, który wyglądał na prawie wykończony (ale co ja wiedziałam?).
I
tyle.
Wewnątrz
były pokoje oddzielone tylko kantówkami, a wokół pomieszczenia leżały pakunki w
kształcie szafy, owinięte w koc, kuchnia czekająca na odkopanie i zbudowanie.
Były też otwarte stalowe pudła ustawione wysoko i nisko przy ścianach z
kantówek, z wystającymi drutami. Stosy czegoś, co wyglądało jak drewniane
podłogi czekające na położenie. Stosy płyt kartonowo gipsowych czekające na
montaż. Więcej worków i pudeł z tym, tamtym i innym, prawdopodobnie
sproszkowaną fugą, kaflami, włącznikami światła (kto to wiedział?) do wykopania
i utylizacji.
I
tyle.
Potrzebował
ścian. Posadzki. Schodów na wyższy poziom (nawet jeśli po obu stronach poziomu
znajdował się już most, który obejmował środkową przestrzeń, aby dostać się z
jednej strony na drugą, on i podesty wokół niego miały prowizoryczne
balustrady).
Powoli
obracając głowę z boku na bok, widziałam miedziane rury, co oznaczało, że
przynajmniej podwaliny niektórych instalacji wodociągowych zostały ułożone.
Ale
nie było nic więcej. Z wyjątkiem korytarza, który prowadził na lewo, gdzie był
garaż i gdzie, jak podejrzewałam, był ukończony główny apartament, to była
skorupa.
Weszłam
głębiej w przestrzeń z miejsca, w którym stałam przy drzwiach wejściowych,
robiąc to ostrożnie, macając stopami, gdy moja uwaga przeniosła się z tego, co
było wokół mnie, na to, co było poza mną.
„Gdy
skończymy, będzie wspaniały ten główny pokój, oczywiście z kuchnią” – upierała
się agentka - „Gabinet z przodu domu. Jadalnia z tyłu, poza kuchnią, z
pół-panoramicznym widokiem. Bawialnia lub nieformalny salon między gabinetem a
jadalnią. Apartament gościnny z salonem i własną łazienką na piętrze po lewej
stronie. Dwie sypialnie ze wspólną łazienką na górze po prawej. Po tej stronie
jest balkon. Zadaszony taras jest zaczęty, aby można było wejść z tyłu, dach
nad nim jest już gotowy. Prywatny balkon z apartamentu, również jest już gotowy.
Od przodu bardzo duże pomieszczenie gospodarcze z pięcioma metrami sześciennymi
wyładowanych sprzętów, gotowych do zainstalowania, duży zlew, magazyn, suszarka.
Ta przestrzeń, w której się znajdujemy, została zaprojektowana tak, aby była
ciepła i przytulna, ale jak widzisz w specyfikacji, dom ma w rzeczywistości
ponad trzy tysiące metrów kwadratowych z czterema sypialniami i trzema i pół
łazienkami”.
Gdy
nuciła dalej, szłam dalej, przyciągana do ogromnych okien naprzeciwko, które
wychodziły od wysokości parapetu dwie kondygnacje w górę (i trochę wyżej), by
dotrzeć do trójkątnego wykończenia biegnąc w dół po środku domu.
Zatrzymałam
się przy oknach i wyjrzałam.
Jak
powiedziała agentka, były słupy wbite w ziemię, która pokrywała taras, dach nad
nią, podtrzymujące go kolumny były pięknie ułożone w kamieniu, ale nie było
tarasu.
Dalej
były drzewa, więcej drzew i jeszcze kilka drzew.
Wreszcie,
niedaleko domu, w dół dość stromego zbocza, nad którym wystawał taras, po
gładkiej szarej skale płynęła mała rzeczka.
„Para,
która zaprojektowała to miejsce i rozpoczęła budowę, miała… no cóż, nazwijmy to
krachem małżeńskim” – kontynuowała agentka - „Ale wykonawca, który rozpoczął
dla nich pracę, jest gotów ją dokończyć. W rzeczywistości jest chętny, aby
praca została wykonana, a nie dlatego, że potrzebuje biznesu. Holden Maxwell
jest zajętym człowiekiem w tych stronach. Tylko, że on, tak jak ja, myśli, że
kiedy to będzie skończone, będzie niesamowite. Cicha, leśna oaza. Ukryta daleko
od ludzi. Prywatna. Naprawdę arcydzieło. A jeśli zechcesz więcej przestrzeni,
stajni, innych budynków gospodarczych, Max, tak właśnie jest nazywany Holden, z
pewnością cię pomieści w grafiku”.
„Proszę,
bez obrazy” - powiedziałam cicho - „…ale czy możesz być przez chwilę cicho?”
Zrobiła
to, o co prosiłam.
Patrzyłam
na widok.
Tylko
drzewa, ziemia, liście i woda.
Żadnych
innych domów. Żadnych innych dźwięków. Brak samochodów. Brak dróg.
Nic.
Nic
poza cichą przyrodą, jak okiem sięgnąć, która nie była daleko, bo chłodny cień
zielonych drzew pochłonął każdą przestrzeń, nawet większość nieba, sprawiając,
że poczułam, stojąc tam przy tym ogromnym oknie, jakby to był jedyny dom na
świecie.
Tato
by się tym zachwycił. Byłby tu cały czas. Zajmując apartament dla gości.
Siedząc na tym tarasie.
Wędrując
po tych lasach pieszo lub konno. Zbudowałby tam studio, żeby móc pracować,
blisko tego wszystkiego, blisko mnie.
Dana
też by była tym zachwycona. Może wystarczająco, że zbudowaliby coś dla siebie gdzieś
na tej ziemi. By być tam. Być razem.
Być
ze mną.
To
było mniej, niż byłam przyzwyczajona.
Ale
o wiele więcej.
Dokładnie
to, czego potrzebowałam.
I
miałabym miejsce w tym domu. Miałabym miejsce, w którym mogłam zatrzymać przy
sobie zarówno tatę, jak i dziadka.
„Wezmę
to” - powiedziałam do okna.
„Wspaniale” - odetchnęła podekscytowana
agentka.
Zwróciłam
się do niej.
„Zaproponuj
sto tysięcy mniej niż jest w ofercie” - zażądałam.
Jej
twarz zbladła, a oczy zrobiły się duże.
„Chcę
trzy dodatkowe akry” - kontynuowałam, ignorując jej reakcję - „Chcę też
przyjaznego podejścia do sąsiada. Jeśli nie jest jeszcze gotowy do sprzedaży,
zostanie moim sąsiadem, więc nie chcę zaczynać tego związku od złego. Mogę
poczekać, aż sprzeda, albo nie sprzeda. Ale jeśli zechce wypuścić pięć do
piętnastu akrów, chcę tego. I będę potrzebować danych kontaktowych tego gościa
Maxwella”.
„Sto
tysięcy mniej?” - zapytała - „Właściciele już zeszli dwadzieścia tysięcy”.
„A
nieruchomość jest na rynku od dziesięciu miesięcy, są w trakcie bałaganu w
rozwodzie i muszą ją opchnąć. Zaoferuj sto tysięcy mniej niż oferta, ale bądź
miła. W razie czego się wycofaj”.
Nie
była daleko, ale przysunęła się bliżej.
„Z
całym szacunkiem, Justice, trudno będzie być miłym w oferowaniu tak niskiej
ceny wywoławczej. Obrażą się i zamkną nas. I mieli inne oferty, więc wiedzą, że
jest zainteresowanie. Ale jeśli chcesz się osiedlić w tej okolicy, nie ma tu zbyt
wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o specyfikacje, których szukasz, w tym
teren, na którym można budować”.
„Nie
wiem, jakie były te inne oferty” - odpowiedziałam - „…ale poza tymi trzema
akrami, które są na sprzedaż, było do sprzedaży ranczo o dwukrotnie większej
powierzchni z w pełni funkcjonalnym domem, który ma tylko pięćdziesiąt metrów
kwadratowych mniej niż to i ma stajnię. Zostało sprzedane za tyle, ile
zamierzam zaoferować na początek. To nie policzek. To zdrowy wstęp do
pertraktacji”.
„Tamten
dom został zbudowany w latach siedemdziesiątych i wymaga całkowitej modernizacji”.
„Tamten
dom nadaje się do zamieszkania” - sprzeciwiłam się - „Ten nie”.
„Nie
widziałaś głównego apartamentu, a jest niesamowity.”
Byłam
pewna, że tak. Widziałam wszystko, czym mógł być ten dom.
Wszystko.
„Joni,
z areałem i stabilnością tej propozycji to zdrowa propozycja” - odparłam
stanowczo - „Właściwie zakomunikowana, nie będzie obraźliwa. A chcę przez to powiedzieć,
żeby oferta była otwarta”.
„Być
może powinniśmy zacząć od bardziej merytorycznej oferty, aby…”
„Joni”
- powiedziałam cicho, a ona zamknęła usta.
Wpatrywałam
się w jej oczy.
„Wiesz,
kim jestem” - stwierdziłam.
„Ja…”
Wiedziała.
Wiedziałam, że wie. Z moim nazwiskiem, nawet gdyby nie znała powodu tego, kim byłam
i co robiłam, nadal by wiedziała.
Więc
nie pozwoliłam jej kontynuować.
„Tak,
i myślisz, że jestem grubą rybą. Ale ja wiem, że nie jestem, więc wiem, jak
chronić się przed wykorzystaniem. Jesteś moją agentką, nie ich. Chcę tę
nieruchomość i jestem gotowa wynegocjować coś uczciwego z obecnymi
właścicielami. Cena jest zawyżona i obie o tym wiemy. Ich agent też o tym wie.
Jeśli mają solidną ofertę, gotówkę, zamykającą się za dwa tygodnie, nie zamkną
cię. To jest nasz punkt wyjścia. Oznacza to, że przekazujesz im to, abyśmy
mogli zacząć od tego momentu i od tego momentu przejdziemy dalej. Ale umowa,
którą wynegocjujesz, będzie dla mnie najlepszą. Nie dla nich. Nie dla ciebie. Dla
mnie”.
„Oczywiście”
- odpowiedziała, wyraźnie zirytowana i niezbyt dobra w ukrywaniu tego.
Nie
obrażona.
Zirytowana.
Znałam
jej rodzaj. Mogłam to wyczuć na kilometr. Nauczyłam się tego w wieku sześciu
lat.
Była
jednak piątą agentką nieruchomości w tej okolicy, z którą rozmawiałam i jedyną,
u której smród nie był przytłaczający.
Właśnie
dlatego potrzebowałam tej leśnej oazy z dala od wszystkiego.
„Dziękuję”
- powiedziałam grzecznie - „Teraz przyjrzę się reszcie przestrzeni i powędruję
po posiadłości”.
„Bez
pośpiechu, Justice” - wymamrotała, wyciągając rękę.
Bez
pośpiechu właśnie to zrobiłam.
*****
Dwa tygodnie i trzy dni później
Usiadłam
w swoim zniszczonym, czerwonym pickupie Forda, który cofnęłam na miejsce
naprzeciwko budynku i spojrzałam na wspomniany budynek, którym był bar.
Po
drugiej stronie ulicy z nazwą BUBBA’S w neonowym kolorze.
Po
mojej lewej stronie było zaparkowane osiem motocykli – siedem Harleyów, jeden
Indian lekko odsunięty.
Po
mojej prawej zaparkowany był pickup bardziej zużyty niż mój, lśniący czarny
Escalade, bardziej lśniący czerwony Camaro i czarny Dyna Glide Harley.
Inne
pojazdy rozsiane tu i tam, wyłącznie pickupy i SUV-y, z wyjątkiem jednej
srebrnej Camry, która widziała lepsze czasy.
Była
późna pora dnia, ale jeszcze kilka godzin przed końcem normalnego czasu pracy,
a bar miał niezły tłum.
To
było życie wielu barów.
Zwłaszcza
barów dla motocyklistów, jakimi był ten. Mogłam to wyczuć nawet bez linii motorów
potwierdzających te informacje, a nawet bez zardzewiałej praktyki.
Minęły
lata, odkąd byłam w barze dla motocyklistów. Lacey kontynuowała karierę. Podróż
Bianki przybierała niepokojący obrót. Podążałam śladami taty tylko po to, by poczuć
ruchome piaski tego życia dotykające moich stóp, wciągające mnie pod siebie,
przerażające do takiego stopnia, że zeskoczyłam z tej ścieżki i nigdy nie
wróciłam.
Teraz
byłam tutaj, w miasteczku Carnal, gdzie właśnie kupiłam dom.
Spojrzałam
w dół na siedzenie obok mnie i zobaczyłam masywny, biały plastikowy folder z
logo agenta nieruchomości na przodzie.
Moje
dokumenty. Atrament ledwo wysechł.
Mniej
więcej godzinę temu stałam się właścicielką skorupy domu w środku lasu, w
którym znajdował się zabójczy apartament główny i niewiele więcej.
I
byłam w harmonogramie prac Holdena „Maxa” Maxwella, żeby zacząć od nowa.
Problem
polegał na tym, że harmonogram miał napięty, więc mógł nie zacząć nawet przez
sześć tygodni, a to by się stało tylko, gdyby jego inne prace skończyły się na
czas, coś, co powiedział mi, że się wydarzało.
Aby
nie myśleć o tej niedogodności, wyciągnęłam telefon z torebki, bo dzwonił, kiedy
jechałam, aby znaleźć miejsce, w którym mogłabym uczcić wiadomość, że właśnie
kupiłam dom. Mój pierwszy dom, który należał do mnie.
Moja
oaza.
Niestety,
w tym momencie mojego życia nie było zbyt wielu telefonów, które chciałabym
odebrać, a kiedy wyciągnęłam telefon z torebki i zobaczyłam, kto dzwonił i
zostawił wiadomość głosową, zauważyłam, że to jeden z nich.
Ale
z tym, kto to był, nie miałam wyboru.
Usiadłam
w pickupie i włączyłam telefon, przechodząc do poczty głosowej, widząc Mr T
wymienionego na górze, to samo również wymienione pod tym (i niżej), z Daną pod
tym, potem Joni, potem Joss, ale Mr T znowu pod imieniem mojej mamy.
Westchnęłam,
otworzyłam pocztę głosową i włączyłam głośnik.
„Justice.
Otrzymałem kolejną wiadomość od twojego brata i jego matki. Prawdopodobnie nie
zaskoczy cię, że był to kolejny nieprzyjemny przypadek. Myślę, że dokładnie
wyjaśniłem ci konsekwencje, jeśli twój brat będzie dalej podążał tą ścieżką,
którą wydaje się iść. To stało się takie uciążliwe, że jedynym powodem, dla
którego wytrwale próbuję znaleźć jakiś sposób, aby się z nim skontaktować, jest
to, że wiem, jak głęboko zmartwiłby się twój ojciec, gdyby wiedział, że to się
dzieje. Zdaję sobie sprawę, że również próbujesz się z nim skontaktować, ale
zdecydowanie sugeruję, żebyś się bardziej postarała”.
Jego
głos się zmienił, stał się mniej zły i bardziej groźny.
„Jestem
gotów oddać to do sądu, Justice. Porozmawiaj ze swoim bratem. Odsuń go od tej
kobiety i znajdź jakiś sposób, żeby się z nim skontaktować. Nie muszę ci mówić,
że konsekwencje będą straszne, jeśli ty i ja nie odniesiemy sukcesu”.
Zacisnęłam
usta, zwinęłam je i zajęłam się SMS’em, znajdując ciąg Mr T.
Następnie
wpisałam Odebrałam twoją pocztę głosową i
nadal robię, co w mojej mocy. Dokonałam dzisiaj transakcji, panie T, więc piję
uroczystego drinka. Wypiję za ciebie łyk. Więcej jak najszybciej. Pokój i miłość…
Nacisnęłam
„Wyślij” i wpatrywałam się w „Mr T”, walcząc z uśmiechem.
Łysiejący,
zgarbiony siedemdziesięciotrzyletni starszy sierżant mojego taty (dosłownie,
był byłym żołnierzem piechoty morskiej) wcale nie wyglądał jak słynny Mr T.
Nazwałam go krótko Mr T (i to zostało przyjęte przez wszystkich), nie dla żartu
(i tak by tego nie zrozumiał, prawdopodobnie nie miał najmniejszego pojęcia,
kim był słynny Mr T), ale dlatego, że nazywał się William Thurston i nazywanie
go panem Thurstonem było długim tytułem.
I
nie było mowy, żebym nazywała go William, Will czy Bill (tak nazywał go mój
dziadek). Nie był takim facetem.
Był
facetem, który oczekiwał Mistera.
Nawet
od mojego ojca, który mu to dawał.
Chociaż
nie był podobny do innych Mr T, mój Mr T był zadziorny, twardy jak paznokcie,
niecierpliwy, zwięzły, miał wykrywacz ściemy, który przewyższał wszystkie
wykrywacze ściemy i nigdy nie zademonstrował, że potrafi być miękki, ani nawet
udawał, że był, nawet gdy osobiście wręczał mi prezenty urodzinowe.
Ale
był lojalny do granic możliwości.
Tata
po części był tym, kim był z powodu pana Thurstona.
Tak
samo (częściowo) był dziadek.
Tak
i (częściowo) byłam ja.
I
nie było niespodzianką nawet teraz pan Thurston był psem gończym z gównem,
które ciągnął mój brat Maverick.
Nie
dlatego, że chciałam, ale dlatego, że Mr T miał rację, tata by chciał, żebym to
zrobiła, przeszłam do moich kontaktów i zadzwoniłam do mojego przyrodniego
brata.
Zadzwoniło
pół tuzina razy, zanim usłyszałam - „Tu Mav. Jeśli mi się podobasz zostaw
wiadomość. Jeśli jesteś suką moją siostrą, która dzwoni, żeby dać mi więcej
gówna, idź się pieprzyć. A jeśli jesteś tą chciwą, lubiącą złoto cipą, która
oszukała mojego ojca, żeby się z nią ożenił, zjedz gówno i umrzyj”.
To
było nowe.
I
nowe zejście do znacznie głębszego poziomu dupka.
Aby
nie stracić pieprzonego rozumu, wzięłam bardzo głęboki oddech, czekając na
sygnał dźwiękowy.
Wciąż
byłam bliska utraty rozumu, ale wystarczyło mi sił, by trzymać to w szachu, bym
mogła powiedzieć - „Mav, stary, naprawdę nisko. Jesteś lepszy i wiem o tym.
Tata o tym wiedział. Nie jestem pewna, dlaczego masz ochotę udowodnić nam, że
się myliliśmy. Ale to nie ma znaczenia. Liczy się to, że wyciągasz głowę z
dupy, ponieważ to gówno poszło na południe i nie chcesz, żeby poszło bardziej
na południe. Jeśli pójdzie, będziesz tak głęboko na Antarktydzie, że
zamarzniesz na śmierć. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli, bo tata
wyjaśnił, że wszystko jest jasne i niewzruszone. Nie spieprz, bracie. Nie chcę
tego dla ciebie. Nawiasem mówiąc, Dana też nie, więc przestań być z nią takim
dupkiem”.
Nacisnęłam
przycisk, aby się rozłączyć, myśląc, że prawdopodobnie mogłabym sformułować to
lepiej, ale, tak jak Mr T, zaczynałam się tym przejmować.
Skoro
dotarłam do tego baru, nadszedł czas na drinka.
Po
tym wszystkim przyszedł czas na drinka.
Moje
drzwi zaskrzeczały w proteście, gdy je pchnęłam i zrobiły to samo po tym, jak
zeskoczyłam i zamykałam je. Były tak głośne, że zapisałam sobie w myślach wycieczkę
dokądś w tym małym mieszku, żeby znaleźć jakiś WD-40, żeby to naprawić. I były
też tak głośne, że prawie nie usłyszałam sygnału dźwiękowego mojego telefonu z SMS’em.
Kiedy
podeszłam do frontowych drzwi baru, spojrzałam na niego, aby zobaczyć, że
pochodzi od Mr T.
Ciesz się drinkiem, ale bądź bezpieczna
i mądra. Gratuluję nowego domu.
Zastanawiałam
się, czy paliły go palce, gdy musiał wpisywać słowo „gratulacje”.
W
ten sposób miałam mały uśmiech na twarzy, gdy pchnęłam drzwi do baru i weszłam.
Nie
miał dużo okien i nie było dużo światła. Na zewnątrz było słonecznie, więc
zajęło mi kilka uderzeń serca, aby moje oczy się przyzwyczaiły.
A
kiedy to zrobiły, znieruchomiałam całkowicie.
To
dlatego, że na końcu baru, który był najdalej od drzwi, obok starszego faceta w
czapce baseballowej, który siedział na stołku, był Deke.
Deke.
Deke
z baru motocyklowego w szczerym polu w Wyoming, który zaprosił mnie na
przejażdżkę i nigdy się nie pojawił. Deke, który był teraz w barze dla
motocyklistów w szczerym polu w Kolorado, wyglądał na nie mniej żywego, witalnego
i niesamowitego, rozmawiając ze starszym facetem w czapce, który siedział na
stołku.
Deke,
który sprawił, że pomyślałam podczas rozmowy, która mogła trwać około
dziesięciu minut (prawie tyle), że z tym wszystkim, co miałam, mogłam mieć
więcej. Przejść do ważnej części. Znaleźć wreszcie powód, dla którego zostałam
umieszczona na tej planecie. Coś, co już od trzydziestu czterech lat mi
umykało.
Deke,
który nawet nie wiedział, kim jestem i co to znaczyło, ale nadal odwrócił się
plecami, odszedł i nigdy nie wrócił po więcej.
Siedem
lat, dziesięć minut i poznałam go na pierwszy rzut oka.
Siedem
lat, dziesięć minut, a w tym momencie byłam do niego tak bardzo przyciągana, że
powstrzymanie mojego ciała przed kołysaniem się w jego kierunku wymagało
wysiłku fizycznego.
Deke,
teraz oparty przedramieniem w bar, z torsem zwróconym bokiem, stopami w butach
motocyklowych skrzyżowanymi w kostkach, profilem bez wyrazu (z tego, co widziałam),
wyraźnie nie poruszył się nawet, by okazać zainteresowanie przypadkową osobą,
która właśnie weszła do baru. Zdecydowanie nie wyczuwał, że ta przypadkowa
osoba to jego bratnia dusza, zagubiona w Wyoming, odnaleziona w Kolorado siedem
lat później, nie odwracał się do mnie i nie pędził, zmiatając mnie z nóg,
błagając o przebaczenie, a następnie dając mi nowy świat.
Świat,
w którym miałam być.
„Yo!
Wolny ludu! Mamy politykę pokaż-się-w-barze, posadź-dupę, kup-pieprzonego-drinka.
A nie stoisz-za-drzwiami i-gapisz-się na-męską- dupę”.
Poczułam,
jak moje ciało podskoczyło, podobnie jak moje oczy na drobną kobietę za barem,
która miała hebanowe włosy, długie, końce wykręcone w stylu, który krzyczał jak
z plakatu z lat 70, a ich końce płonęły czerwienią.
Ona
też patrzyła na mnie.
Niewiarygodnie
(bo nie pamiętałam, kiedy to się ostatnio wydarzyło), walczyłam z gorącem na
policzkach. W tym samym czasie walczyłam z chęcią odwrócenia się i ucieczki (i
to nie tylko dlatego, że byłam zawstydzona, ale także dlatego, że jasne było,
że barmani w tym barze są fajni, będąc niesamowicie niegrzecznymi), gdy zmusiłam
się do przejścia do jej. I kiedy to zrobiłam, zmusiłam się, by najpierw
spojrzeć w lewo, aby zobaczyć motocyklistów i innych klientów wiszących przy
stołach i grających w bilard, zanim spojrzałam w prawo.
Właściwy
ruch obejmował zobaczenie, jak Deke zwrócił się do mnie. Jego oczy schodziły w
dół mojego ciała, a kiedy szłam, dotarły na dół i wróciły na górę.
Spojrzał
na moją twarz.
Potem
zwrócił się do faceta w czapce.
Mój
żołądek zatonął i nie po raz pierwszy przeklęłam duszę poety, którą dał mi
ojciec, bo nie lubiłam tego uczucia, kiedy ten facet, który mnie pociągał, nie
był mną zainteresowany.
Dla
poety coś takiego z takim mężczyzną oznaczało koniec świata.
Wyglądałam
inaczej, to była prawda. Nie chodziło tylko o to, że minęło siedem lat (choć
tak było). W tamtym czasie korzystałam z różnych opcji mody, zanim zdecydowałam
się na tę, która mi się podobała (albo powinnam powiedzieć, że moja mama i ja
zdecydowałyśmy się na to, ponieważ Joss była moją stylistką i to nie tylko
dlatego, że była moją mamą która naturalnie miałaby wkład w tego typu sprawy,
ale ponieważ była moją stylistką).
Teraz
mój wygląd nie przypominał wersji mnie: minispódniczka, podkoszulka na
ramiączkach, rozczochrane włosy, podrywaczka rockowo/bikersowa, którą poznał
Deke.
Oznaczało
to, że miałam na sobie długą, zwiewną, wsuwaną sukienkę ozdobioną matowymi
złotymi cekinami w zygzaki i diamenty, z plecami sięgającymi mi do talii,
podtrzymywaną na ramionach podwójnymi paskami z każdej strony, które się
krzyżowały. Tył sukienki był jednak gorący, a przód dawał niesamowity dekolt.
Moje
ciemnobrązowe włosy były w większości rozpuszczone, niektóre z ich grubych
loków były luźne i zwisały do pasa, inne splecione w warkocze, góra z przodu
była niechlujnie skręcona do tyłu od czoła.
Miałam
na sobie mnóstwo biżuterii, głównie naszyjniki, bransoletki na nadgarstku,
kolczyki w pięciu otworach w małżowinie każdego ucha, a także brzęczącą
bransoletkę na kostce.
Wreszcie
na nogach płaskie sandały gladiatorki.
Dziewczyna
z kalendarza z lat 70 miała rację.
Wyglądałam
jak reklama odzieży Wolnych Ludzi.
I
tak mi się podobało.
Więc
wyglądałam inaczej siedem lat później.
Ale
nadal bolało, że mnie nie pamiętał.
Dotarłam
do środka baru, jedynego dostępnego miejsca ze stołkami, które było daleko od
Deke’a i wślizgnęłam się na jeden. Upuściłam telefon i zamszową torbę z
frędzlami na bar przede mną.
Kiedy
to zrobiłam, byłam zaskoczona, widząc drobną dziewczynę z kalendarza z lat 70 z
głośnymi, brudnymi ustami, stojącą przede mną w jej obcisłym podkoszulku Harley
na dużych piersiach i dużym brzuchu w ciąży.
„Tak,
jestem w ciąży” - oznajmiła nerwowo, a mój wzrok przesunął się z jej brzucha na
jej oczy - „Lexie wyskakuje z dzieciaków tu, tam i wszędzie. Faye to robi. Emme
zaszła, chociaż dotarłam tam przed nią. Bubba złapał bakcyla. Co miałam zrobić?”
– zapytała wojowniczo poważnie i wyraźnie na mnie wkurzona, chociaż nie
powiedziałam ani słowa - „Kocham tego faceta, a on rozpływa się jak cipka w
chwili, gdy znajduje się w obecności niemowlęcia. Zapomnij o nim z maluchem, z
którym naprawdę może się bawić. Przepada. Zawsze zgłaszamy się na ochotnika do
opieki nad dzieckiem. Nastawał na mnie: „Proszę,
moja chmurko. Błagam cię, Krys.
Zróbmy dziecko”. Więc powiedz mi. Kocham go, co miałam zrobić?” - zażądała
wiedzieć.
„Zaszłaś
w ciążę” – domyśliłam się z wahaniem.
„Tak”
- warknęła, pochylając się - „Dałam się zapłodnić. Jestem za stara, żeby nosić
to ze sobą” - Okrążyła brzuch płaską dłonią w sposób, który znacznie różnił się
od oszałamiająco szczerej, głębokiej i wkurzonej tyrady, którą do mnie celowała
- „Rzygam rano, w południe i w nocy. Bolą mnie cycki. Boli mnie głowa. Moje
stopy są spuchnięte. Muszę cały czas siusiu, a to obejmuje wstawanie z toalety
po samym sikaniu. Musiałam kupić całą nową garderobę, której już nigdy nie będę nosiła, bo kiedy ten
dzieciak się ze mnie wyślizgnie, wrócę tam i zawiążą mi rurki”.
Po
obejrzeniu podkoszulki Harleya zastanawiałam się, z czego składała się jej
stara garderoba, gdy zabrzmiał inny głos.
„Krys,
nie. Kochanie, o czym ty mówisz?”
Mój
zaskoczony wzrok przesunął się na mężczyznę, który nagle był obok.
Był
tak duży jak Deke, nie tak solidny, trochę starszy, miał jasnobrązowe włosy, oczy
dobrego chłopca, przez co wyglądał dużo bardziej jowialnie.
Okrążał
drobną „Krys” obiema rękami od tyłu i wyginał się przy swoim wzroście do
katastrofalnych poziomów, by wcisnąć twarz w jej szyję, obejmując dłonie po
bokach jej wystającego brzucha.
Nawet
z twarzą na jej szyi wciąż słyszałam, jak mówił - „Nie możemy mieć tylko
jednego dziecka. Musi mieć brata lub siostrę. Co najmniej jedno”.
„Bubba,
mam trzydzieści dziewięć lat” - warknęła kobieta w ciąży.
Bubba
wyciągnął twarz z jej szyi, odchylił głowę do tyłu i z błyszczącymi oczami i
starannie zaciśniętymi ustami mrugnął do mnie.
Nie
miała trzydziestu dziewięciu lat.
Dałam
mu rozciągnięte usta i wyraz twarzy „twoja-kobieta-przeraża mnie”.
Podniósł
się, nie puścił swojej kobiety i wybuchnął śmiechem.
W
tym momencie, niezwykle późno, zauważyłam, że główna rozrywka za barem nie była
jedyną rozrywką za barem.
Był
tam inny mężczyzna, wysoki, ciemnowłosy, brodaty, stojący bliżej miejsca, w
którym byli Deke i facet w czapce, opierając swoje wąskie biodra w dżinsach o
tył baru, uśmiechając się do pary przede mną z wyrazem twarzy, jakby obserwował
walczące dwa kociaki.
Był
niejasno znajomy.
Był
też paląco gorący.
„Co
pijesz, Cyganko?” - usłyszałam pytanie i oderwałam wzrok od przystojnego
faceta, by spojrzeć na mężczyznę, który najwyraźniej był Bubbą z Bubba’s.
„Szampan”
- odpowiedziałam, a na to kobieta zwana Krys z zakłopotaniem uniosła ręce.
„Szampan?”
- zapytała i zrobiła krok w moją stronę, wyrywając ją z ramion swojego
mężczyzny. Tym razem machnęła tylko jedną ręką wysoko, zanim ją upuściła i
zapytała - „Dziewczyno, jak dla ciebie wygląda to miejsce? Chyba że tego nie
poczułam, a cały bar został zabrany i przetransportowany na Manhattan, a Sarah
Jessica Parker opuściła budynek, bo ta suka nigdy nie weszła na jednych ze
swoich wysokich obcasów do tego
budynku i nigdy tego nie zrobi”.
„Krys,
mamy szampana” - odezwał się szorstki, głęboki głos z dołu baru.
Spojrzałam
w tą stronę.
Do
rozmowy włączał się wysoki, ciemny, gorący facet.
„Tak,
ale nie mamy kieliszków” - odwróciła się do gorącego faceta i spojrzała na mnie
- „I nie otwieram butelki szampana tylko po to, byś wypiła jeden kieliszek,
nikt jej nie tknie przez następną noc, trzy, czy trzysta siedem, więc będę musiała
wylać to gówno do zlewu i stracić pieniądze. Nie tracę pieniędzy. Chcesz
szampana, pijesz go w zwykłym kieliszku i kupujesz całą cholerną butelkę”.
„Umowa
stoi” - stwierdziłam.
„Wyjmę”
- powiedział natychmiast Bubba.
Kobieta
o imieniu Krys zmrużyła na mnie oczy, przeczesała moją głowę, włosy i górną
część ciała, po czym zmrużyła oczy.
„Twój
wygląd nie mówi szampan”.
„To
dlatego, że zwykle mówi piwo lub Bourbon, ale mam coś do świętowania”.
„Kochanie,
wojska są poza Wietnamem od dziesięcioleci”
- strzeliła.
Postanowiłam
nie wyjaśniać, że jej włosy mogą być innym aspektem tej dekady, ale coś mi
mówią.
„Jest
drażliwa, kiedy przez chwilę stoi na nogach” - ten szorstki, głęboki głos
wrócił i spojrzałam w jego stronę, aby zobaczyć, że jest blisko i rzuca przede
mną podkładkę pod piwo. Potem odwrócił się i chwycił często myty mleczny kieliszek,
prawdopodobnie kupiony w dekadzie, która Krys i mnie inspirowała modą, z tyłu
baru, odwrócił i postawił na podkładce.
„Tate,
nie mów o mnie, jakby mnie tu nie było” - warknęła Krys.
Spojrzał
na nią - „Krys, sprawiasz, że Twyla wygląda wręcz przyjaźnie”.
Jej
usta zacisnęły się.
Przygotowałam
się w tym samym czasie, zastanawiając się, kim jest Twyla i mając nadzieję, że
nigdy jej nie spotkam.
Wyskoczył
korek od szampana.
I
z tym odwróceniem uwagi zrezygnowałam z walki, spojrzałam w prawo i zobaczyłam,
że Deke wciąż jest na swoim miejscu na końcu baru, teraz z tyłem do mnie, zwracając
uwagę nie na faceta w czapce, ale przez całą przestrzeń.
Spojrzałam,
gdzie była skierowana jego uwaga, i zobaczyłam biker baby w minispódniczce
pochyloną nad stołem bilardowym, gotową do strzału, celowo skierowaną tyłem w
stronę Deke’a.
Boże,
nie tylko mnie nie pamiętał, nie interesował się mną.
Boże.
„Zwykle
pijesz piwo i Bourbon” - zaczął Bubba, a ja odwróciłam na niego wzrok.
Zauważyłam,
że nalewał mi szampana.
Krys
patrzyła w stronę Deke’a.
Mężczyzna
o imieniu Tate przyglądał mi się.
Przełknęłam.
„Więc
co jest z szampanem?” - Bubba skończył.
„Mniej
więcej godzinę temu sfinalizowałam kupno domu” - podzieliłam się.
Krys
zwróciła swoje spojrzenie z powrotem na mnie. Bubba uśmiechnął się szeroko.
Tate wciąż mnie studiował.
„Cóż,
cholera, kobieto, to święto. Witamy w sąsiedztwie!” - krzyknął Bubba, unosząc
butelkę szampana w salucie, zanim postawił ją przy moim teraz napełnionym
kieliszku.
„Jeśli
chcesz, wszyscy możecie się do mnie dołączyć” - zaproponowałam, przechylając
głowę w stronę butelki.
„Czy
wyglądam, jakbym mogła wciągnąć kieliszek szampana?” - Krys warknęła.
„Nie.
Chociaż zachowujesz się tak, jakbyś tego potrzebowała” - odcięłam się do
zdławionego śmiechu Bubby i drgających warg Tate’a - „Ale ci tego nie
proponowałam. Proponowałam to chłopakom”.
„Na
służbie, kochanie. Ale dzięki za ofertę” - powiedział Bubba.
„Słodko,
ale nie jestem typem pijącym szampana” - wtrącił Tate - „I popieram to, co
powiedział Bubba. Witamy w sąsiedztwie”.
Skinęłam
mu głową.
Rzuciwszy
mi ostatnie spojrzenie, odszedł.
Spojrzałam
z powrotem na Bubbę i Krys, którzy byli teraz związani ramieniem Bubby wokół
jej ramion.
„Więc,
powiem tylko, że to dobre wieści” - zauważył Bubba - „Niewiele osób się tu
przeprowadzało przez ostatnie kilka lat. Dużo ludzi się wyprowadza, niewiele
się przeprowadza. Miło mieć świeżą twarz”.
„I
nowy tyłek do siedzenia na stołku” - wtrąciła Krys - „Ten szalony drwal w Gnaw
Bone, wynajmowanie płatnych, porywanie ludzi i strzelanie do ludzi. Dalton,
nasz osobisty seryjny morderca. Fuller i jego świńscy gliniarze trzymający
wszystkich pod w szachu, wrabiający Ty’a w morderstwo, ekstradujący jego tyłek
do LA, żeby gnił w więzieniu przez pięć lat”.
Szybko
zamrugałam na wszystkie jej słowa, ale Krys tego nie zauważyła.
Nadal
mówiła.
„Myśleliśmy,
że uderzyło w nas wystarczająco ekstremalnie, by przetrwać całe życie, a potem
mieliśmy tych szaleńców, którzy stracili swoje gówno, myśląc, że zostanie to
ujawnione i pogrzebali Faye żywcem. Większa wariatka z kościoła przetrzymywała
tych dwoje biednych dzieci jako zakładników w swojej piwnicy przez lata. A jakby
to nie wystarczało, to przyszli ci pieprzeni, szaleni nauczyciele, którzy prali
mózgi dzieciom, by rabowali domy. Przez to wszystko, co się działo, nikt nie
chce być w pobliżu Carnal, Gnaw Bone lub Chantelle. To pieprzony Trójkąt
Bermudzki Gór Skalistych”.
Na
szczęście przestałam mrugać, ale wiedziałam, że mam otwarte usta, po prostu nie
miałam w sobie siły, żeby je zamknąć.
Agentka
nieruchomości Joni nie podzieliła się ze mną niczym.
Ten
dom nie sprzedał się przez dziesięć miesięcy, bo jego cena była zawyżona a on
był niekompletny.
Seryjni
mordercy? Wynajęci płatni zabójcy? Dzieci po praniu mózgu?
Kobieta
pogrzebana żywcem?
Co
do cholery?
Przynajmniej
przypomniało mi to, skąd znałam tego faceta Tate’a. Był w wiadomościach o tym
seryjnym mordercy.
Po
prostu nie pamiętałam, że wszystko wydarzyło się w Carnal.
Do
teraz.
„Nie
martw się, dziewczyno” - powiedział Bubba, pochylając się do mnie z Krys -
„Minął co najmniej rok, odkąd zdarzyło się takie gówno”.
Wolałabym,
żeby minęły dwa lata. Lepiej trzy. Jeszcze lepiej, dwadzieścia.
„Jestem
Bubba” – stwierdził, szarpiąc bufiastą dłonią w moją stronę.
Wzięłam
ją, potrząsnęłam i puściłam.
„Oto
Krystal, stali bywalcy nazywają ją Krys” – ciągnął Bubba.
„A
będziesz stałą, chyba że chcesz jechać dwadzieścia mil do Gnaw Bone, jedyne
miejsce na piwo i bourbon jest w Bubba’s. Rozumiesz?” - Krys podzieliła się jej
zaproszeniem w sposób, który był bardziej rozkazem, abym była klientką.
Kiwnęłam
głową, bo była to jedyna rzecz, którą uważałam za rozsądną.
„Ten
mężczyzna, co dał ci kieliszek, to Tate Jackson” - Bubba szarpnął głową w
kierunku Tate’a (i Deke’a) - „W tamtym końcu baru, zawsze znajdziesz
towarzystwo Jima-Billy’ego. Jak duch go porusza, znajdziesz tam także Deke’a”.
Powstrzymałam
wdech.
„Z
przyjemnością przedstawię cię” - zaproponował Bubba.
Nie
chciałam, żeby mnie przedstawiał, ponieważ ta runda przedstawień obejmowałaby
Deke’a.
„Przyjmę
tę ofertę” - powiedziałam, owijając dłoń wokół kieliszka i podnosząc go - „Po
tym, jak trochę tego we mnie wleję”.
„Masz
to, kochanie” - odpowiedział Bubba z uśmiechem, ścisnął Krystal i ruszył w dół
baru.
Krystal
wpatrywała się we mnie.
„Nie
powiedziałaś swojego imienia” - zauważyła.
Zastanawiałam
się, czy zrozumiała, kim jestem, po sposobie, w jaki teraz na mnie patrzyła.
Niektórzy to robili. Większość ludzi na szczęście tego nie zrobiła.
„Jus[1]…” -
przerwałam.
„Jus?”
- zapytała, kiedy nie kontynuowałam.
Kiwnęłam
głową, ponieważ to była prawda. Wielu ludzi skróciło moje imię do Jus, a przyjaciele
i rodzina nazywali mnie Jussy.
„Tak”
- stwierdziła, jakby chciała, żeby to zostało potwierdzone.
„To
skrót od czegoś, przezwisko. Wolę to” - To ostatnie było kłamstwem.
Ale
nowy dom, nowe miasto, nowy bar, nowe życie.
A
gdyby znali moje prawdziwe imię, połączyliby dwa i dwa o wiele szybciej. Będzie
wystarczająco dużo czasu, żeby to wyszło.
Teraz
po prostu nie był ten czas.
Teraz
był czas, żebym była po prostu Jus.
A
poza tym, jeśli wspomnieliby o mnie Deke’owi, mógłby mnie sobie przypomnieć
(może).
Już
tego nie chciałam. Chciałam iść swoją drogą i zrobić co w mojej mocy, żeby w
ogóle nie spotykać Deke’a.
Chciałam
poznać starszego faceta w czapce z daszkiem. A Krystal i Bubba byli naprawdę
szaleni, ale ja znałam bardziej szalonych i przynajmniej nie byli nudni, a
Bubba był bardzo przyjacielski. Nie wspominając, że nie kręcił się długo, ale
Tate wydawał się być dobrym facetem. Był dziwnie czujny, ale kiedy wpadałeś na
seryjnego mordercę, który pracował w twoim barze, pomyślałam, że to gówno się
wydarzyło.
I
kupiłam dom. Nadszedł czas, aby znaleźć mój spokój, moją prywatność, moje
miejsce, moje mniej to więcej niż potrzebowałam.
Ale
w tym mniej znaczy więcej, potrzebowałam ludzi. Każdy potrzebował przynajmniej kilku osób, a ja byłam częściowo każdym.
A
ci ludzie mieszkali w moim spokoju, moim miejscu, w moim mniej to więcej.
Więc
wzięłam ich.
Tajemnicze. Dzięki ❤️
OdpowiedzUsuńCudny początek. Dziekuje
OdpowiedzUsuńDziekuje
OdpowiedzUsuńFajnie, że Krisyal jest w ciąży 😁 Bubba tatusiem 😁🤗
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńAle super rozdział :)
OdpowiedzUsuńWiadomośc glosowa brata boska hahahha teraz tylko pozostaje poznać tego brata :)
Krys jak zawsze jest sobą i też jej tekst powitalny mega. Cała ona,
CZekam na kolejny na bank cudowny rozdział.
Krys w ciąży!
OdpowiedzUsuńAle super