piątek, 21 stycznia 2022

1 - Wzięłam ich

 

Rozdział 1

Wzięłam ich

Justis

 

 

 

Siedem lat później

„Ma dziesięć akrów, a ostatnio dżentelmen, który jest właścicielem trzech sąsiadujących, przyszedł do nas i powiedział, że jest gotowy sprzedać tę działkę. Więc może to być trzynaście akrów. Powiem tylko, że po południowej stronie posiadłości człowiek, który jest właścicielem tamtego obszaru i od lat sam sobie radzi. Jego dzieci odeszły i nie wrócą. Mówi się, że ma problemy z opieką nad tym miejscem, więc może nie być trudne, aby puścił część swojej ziemi. Ma pięćdziesiąt akrów. Może on podwoi ten obszar, jeśli chcesz koni”.

Chciałam koni.

Chciałam ziemi.

Ale stałam nieruchomo w tej skorupie domu.

„Jak widać…” - ciągnęła pospiesznie agentka nieruchomości, wiedząc dokładnie to, co ja widziałam i jaki to był bałagan, bo właśnie to mnie unieruchomiło - „…to jest trochę szorstkie, ale jak się skończy, to będzie coś zdumiewającego. A para, która go zaczęła, chciała w nim mieszkać, gdy było wykańczane, więc główna sypialnia i łazienka są całkowicie gotowe i w pełni funkcjonalne”.

Na tę wiadomość nie poruszyłam ani jednym mięśniem. Nawet nie mrugnęłam.

I nie powiedziałam ani słowa.

„I to wszystko jest tutaj” - kontynuowała agentka - „Wszystkie materiały, nawet sprzęt AGD, są w pudłach w garażu. Z górnej półki. Lodówka dwudrzwiowa Sub-Zero. Sześciopalnikowa kuchenka Viking. Marmurowe blaty, choć trzeba by je wyciąć…”

Urwała, ale możliwe, że przestałam słuchać, bo nie tylko trzeba było wyciąć marmurowe blaty.

Wszystko było do zrobienia.

Były tam zewnętrzne ściany, wbudowane okna, dach nad tym wszystkim, a na środku pokoju był kominek, który wyglądał na prawie wykończony (ale co ja wiedziałam?).

I tyle.

Wewnątrz były pokoje oddzielone tylko kantówkami, a wokół pomieszczenia leżały pakunki w kształcie szafy, owinięte w koc, kuchnia czekająca na odkopanie i zbudowanie. Były też otwarte stalowe pudła ustawione wysoko i nisko przy ścianach z kantówek, z wystającymi drutami. Stosy czegoś, co wyglądało jak drewniane podłogi czekające na położenie. Stosy płyt kartonowo gipsowych czekające na montaż. Więcej worków i pudeł z tym, tamtym i innym, prawdopodobnie sproszkowaną fugą, kaflami, włącznikami światła (kto to wiedział?) do wykopania i utylizacji.

I tyle.

Potrzebował ścian. Posadzki. Schodów na wyższy poziom (nawet jeśli po obu stronach poziomu znajdował się już most, który obejmował środkową przestrzeń, aby dostać się z jednej strony na drugą, on i podesty wokół niego miały prowizoryczne balustrady).

Powoli obracając głowę z boku na bok, widziałam miedziane rury, co oznaczało, że przynajmniej podwaliny niektórych instalacji wodociągowych zostały ułożone.

Ale nie było nic więcej. Z wyjątkiem korytarza, który prowadził na lewo, gdzie był garaż i gdzie, jak podejrzewałam, był ukończony główny apartament, to była skorupa.

Weszłam głębiej w przestrzeń z miejsca, w którym stałam przy drzwiach wejściowych, robiąc to ostrożnie, macając stopami, gdy moja uwaga przeniosła się z tego, co było wokół mnie, na to, co było poza mną.

„Gdy skończymy, będzie wspaniały ten główny pokój, oczywiście z kuchnią” – upierała się agentka - „Gabinet z przodu domu. Jadalnia z tyłu, poza kuchnią, z pół-panoramicznym widokiem. Bawialnia lub nieformalny salon między gabinetem a jadalnią. Apartament gościnny z salonem i własną łazienką na piętrze po lewej stronie. Dwie sypialnie ze wspólną łazienką na górze po prawej. Po tej stronie jest balkon. Zadaszony taras jest zaczęty, aby można było wejść z tyłu, dach nad nim jest już gotowy. Prywatny balkon z apartamentu, również jest już gotowy. Od przodu bardzo duże pomieszczenie gospodarcze z pięcioma metrami sześciennymi wyładowanych sprzętów, gotowych do zainstalowania, duży zlew, magazyn, suszarka. Ta przestrzeń, w której się znajdujemy, została zaprojektowana tak, aby była ciepła i przytulna, ale jak widzisz w specyfikacji, dom ma w rzeczywistości ponad trzy tysiące metrów kwadratowych z czterema sypialniami i trzema i pół łazienkami”.

Gdy nuciła dalej, szłam dalej, przyciągana do ogromnych okien naprzeciwko, które wychodziły od wysokości parapetu dwie kondygnacje w górę (i trochę wyżej), by dotrzeć do trójkątnego wykończenia biegnąc w dół po środku domu.

Zatrzymałam się przy oknach i wyjrzałam.

Jak powiedziała agentka, były słupy wbite w ziemię, która pokrywała taras, dach nad nią, podtrzymujące go kolumny były pięknie ułożone w kamieniu, ale nie było tarasu.

Dalej były drzewa, więcej drzew i jeszcze kilka drzew.

Wreszcie, niedaleko domu, w dół dość stromego zbocza, nad którym wystawał taras, po gładkiej szarej skale płynęła mała rzeczka.

„Para, która zaprojektowała to miejsce i rozpoczęła budowę, miała… no cóż, nazwijmy to krachem małżeńskim” – kontynuowała agentka - „Ale wykonawca, który rozpoczął dla nich pracę, jest gotów ją dokończyć. W rzeczywistości jest chętny, aby praca została wykonana, a nie dlatego, że potrzebuje biznesu. Holden Maxwell jest zajętym człowiekiem w tych stronach. Tylko, że on, tak jak ja, myśli, że kiedy to będzie skończone, będzie niesamowite. Cicha, leśna oaza. Ukryta daleko od ludzi. Prywatna. Naprawdę arcydzieło. A jeśli zechcesz więcej przestrzeni, stajni, innych budynków gospodarczych, Max, tak właśnie jest nazywany Holden, z pewnością cię pomieści w grafiku”.

„Proszę, bez obrazy” - powiedziałam cicho - „…ale czy możesz być przez chwilę cicho?”

Zrobiła to, o co prosiłam.

Patrzyłam na widok.

Tylko drzewa, ziemia, liście i woda.

Żadnych innych domów. Żadnych innych dźwięków. Brak samochodów. Brak dróg.

Nic.

Nic poza cichą przyrodą, jak okiem sięgnąć, która nie była daleko, bo chłodny cień zielonych drzew pochłonął każdą przestrzeń, nawet większość nieba, sprawiając, że poczułam, stojąc tam przy tym ogromnym oknie, jakby to był jedyny dom na świecie.

Tato by się tym zachwycił. Byłby tu cały czas. Zajmując apartament dla gości. Siedząc na tym tarasie.

Wędrując po tych lasach pieszo lub konno. Zbudowałby tam studio, żeby móc pracować, blisko tego wszystkiego, blisko mnie.

Dana też by była tym zachwycona. Może wystarczająco, że zbudowaliby coś dla siebie gdzieś na tej ziemi. By być tam. Być razem.

Być ze mną.

To było mniej, niż byłam przyzwyczajona.

Ale o wiele więcej.

Dokładnie to, czego potrzebowałam.

I miałabym miejsce w tym domu. Miałabym miejsce, w którym mogłam zatrzymać przy sobie zarówno tatę, jak i dziadka.

„Wezmę to” - powiedziałam do okna.

Wspaniale” - odetchnęła podekscytowana agentka.

Zwróciłam się do niej.

„Zaproponuj sto tysięcy mniej niż jest w ofercie” - zażądałam.

Jej twarz zbladła, a oczy zrobiły się duże.

„Chcę trzy dodatkowe akry” - kontynuowałam, ignorując jej reakcję - „Chcę też przyjaznego podejścia do sąsiada. Jeśli nie jest jeszcze gotowy do sprzedaży, zostanie moim sąsiadem, więc nie chcę zaczynać tego związku od złego. Mogę poczekać, aż sprzeda, albo nie sprzeda. Ale jeśli zechce wypuścić pięć do piętnastu akrów, chcę tego. I będę potrzebować danych kontaktowych tego gościa Maxwella”.

„Sto tysięcy mniej?” - zapytała - „Właściciele już zeszli dwadzieścia tysięcy”.

„A nieruchomość jest na rynku od dziesięciu miesięcy, są w trakcie bałaganu w rozwodzie i muszą ją opchnąć. Zaoferuj sto tysięcy mniej niż oferta, ale bądź miła. W razie czego się wycofaj”.

Nie była daleko, ale przysunęła się bliżej.

„Z całym szacunkiem, Justice, trudno będzie być miłym w oferowaniu tak niskiej ceny wywoławczej. Obrażą się i zamkną nas. I mieli inne oferty, więc wiedzą, że jest zainteresowanie. Ale jeśli chcesz się osiedlić w tej okolicy, nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o specyfikacje, których szukasz, w tym teren, na którym można budować”.

„Nie wiem, jakie były te inne oferty” - odpowiedziałam - „…ale poza tymi trzema akrami, które są na sprzedaż, było do sprzedaży ranczo o dwukrotnie większej powierzchni z w pełni funkcjonalnym domem, który ma tylko pięćdziesiąt metrów kwadratowych mniej niż to i ma stajnię. Zostało sprzedane za tyle, ile zamierzam zaoferować na początek. To nie policzek. To zdrowy wstęp do pertraktacji”.

„Tamten dom został zbudowany w latach siedemdziesiątych i wymaga całkowitej modernizacji”.

„Tamten dom nadaje się do zamieszkania” - sprzeciwiłam się - „Ten nie”.

„Nie widziałaś głównego apartamentu, a jest niesamowity.”

Byłam pewna, że tak. Widziałam wszystko, czym mógł być ten dom.

Wszystko.

„Joni, z areałem i stabilnością tej propozycji to zdrowa propozycja” - odparłam stanowczo - „Właściwie zakomunikowana, nie będzie obraźliwa. A chcę przez to powiedzieć, żeby oferta była otwarta”.

„Być może powinniśmy zacząć od bardziej merytorycznej oferty, aby…”

„Joni” - powiedziałam cicho, a ona zamknęła usta.

Wpatrywałam się w jej oczy.

„Wiesz, kim jestem” - stwierdziłam.

„Ja…”

Wiedziała. Wiedziałam, że wie. Z moim nazwiskiem, nawet gdyby nie znała powodu tego, kim byłam i co robiłam, nadal by wiedziała.

Więc nie pozwoliłam jej kontynuować.

„Tak, i myślisz, że jestem grubą rybą. Ale ja wiem, że nie jestem, więc wiem, jak chronić się przed wykorzystaniem. Jesteś moją agentką, nie ich. Chcę tę nieruchomość i jestem gotowa wynegocjować coś uczciwego z obecnymi właścicielami. Cena jest zawyżona i obie o tym wiemy. Ich agent też o tym wie. Jeśli mają solidną ofertę, gotówkę, zamykającą się za dwa tygodnie, nie zamkną cię. To jest nasz punkt wyjścia. Oznacza to, że przekazujesz im to, abyśmy mogli zacząć od tego momentu i od tego momentu przejdziemy dalej. Ale umowa, którą wynegocjujesz, będzie dla mnie najlepszą. Nie dla nich. Nie dla ciebie. Dla mnie”.

„Oczywiście” - odpowiedziała, wyraźnie zirytowana i niezbyt dobra w ukrywaniu tego.

Nie obrażona.

Zirytowana.

Znałam jej rodzaj. Mogłam to wyczuć na kilometr. Nauczyłam się tego w wieku sześciu lat.

Była jednak piątą agentką nieruchomości w tej okolicy, z którą rozmawiałam i jedyną, u której smród nie był przytłaczający.

Właśnie dlatego potrzebowałam tej leśnej oazy z dala od wszystkiego.

„Dziękuję” - powiedziałam grzecznie - „Teraz przyjrzę się reszcie przestrzeni i powędruję po posiadłości”.

„Bez pośpiechu, Justice” - wymamrotała, wyciągając rękę.

Bez pośpiechu właśnie to zrobiłam.

*****

Dwa tygodnie i trzy dni później

Usiadłam w swoim zniszczonym, czerwonym pickupie Forda, który cofnęłam na miejsce naprzeciwko budynku i spojrzałam na wspomniany budynek, którym był bar.

Po drugiej stronie ulicy z nazwą BUBBA’S w neonowym kolorze.

Po mojej lewej stronie było zaparkowane osiem motocykli – siedem Harleyów, jeden Indian lekko odsunięty.

Po mojej prawej zaparkowany był pickup bardziej zużyty niż mój, lśniący czarny Escalade, bardziej lśniący czerwony Camaro i czarny Dyna Glide Harley.

Inne pojazdy rozsiane tu i tam, wyłącznie pickupy i SUV-y, z wyjątkiem jednej srebrnej Camry, która widziała lepsze czasy.

Była późna pora dnia, ale jeszcze kilka godzin przed końcem normalnego czasu pracy, a bar miał niezły tłum.

To było życie wielu barów.

Zwłaszcza barów dla motocyklistów, jakimi był ten. Mogłam to wyczuć nawet bez linii motorów potwierdzających te informacje, a nawet bez zardzewiałej  praktyki.

Minęły lata, odkąd byłam w barze dla motocyklistów. Lacey kontynuowała karierę. Podróż Bianki przybierała niepokojący obrót. Podążałam śladami taty tylko po to, by poczuć ruchome piaski tego życia dotykające moich stóp, wciągające mnie pod siebie, przerażające do takiego stopnia, że zeskoczyłam z tej ścieżki i nigdy nie wróciłam.

Teraz byłam tutaj, w miasteczku Carnal, gdzie właśnie kupiłam dom.

Spojrzałam w dół na siedzenie obok mnie i zobaczyłam masywny, biały plastikowy folder z logo agenta nieruchomości na przodzie.

Moje dokumenty. Atrament ledwo wysechł.

Mniej więcej godzinę temu stałam się właścicielką skorupy domu w środku lasu, w którym znajdował się zabójczy apartament główny i niewiele więcej.

I byłam w harmonogramie prac Holdena „Maxa” Maxwella, żeby zacząć od nowa.

Problem polegał na tym, że harmonogram miał napięty, więc mógł nie zacząć nawet przez sześć tygodni, a to by się stało tylko, gdyby jego inne prace skończyły się na czas, coś, co powiedział mi, że się wydarzało.

Aby nie myśleć o tej niedogodności, wyciągnęłam telefon z torebki, bo dzwonił, kiedy jechałam, aby znaleźć miejsce, w którym mogłabym uczcić wiadomość, że właśnie kupiłam dom. Mój pierwszy dom, który należał do mnie.

Moja oaza.

Niestety, w tym momencie mojego życia nie było zbyt wielu telefonów, które chciałabym odebrać, a kiedy wyciągnęłam telefon z torebki i zobaczyłam, kto dzwonił i zostawił wiadomość głosową, zauważyłam, że to jeden z nich.

Ale z tym, kto to był, nie miałam wyboru.

Usiadłam w pickupie i włączyłam telefon, przechodząc do poczty głosowej, widząc Mr T wymienionego na górze, to samo również wymienione pod tym (i niżej), z Daną pod tym, potem Joni, potem Joss, ale Mr T znowu pod imieniem mojej mamy.

Westchnęłam, otworzyłam pocztę głosową i włączyłam głośnik.

„Justice. Otrzymałem kolejną wiadomość od twojego brata i jego matki. Prawdopodobnie nie zaskoczy cię, że był to kolejny nieprzyjemny przypadek. Myślę, że dokładnie wyjaśniłem ci konsekwencje, jeśli twój brat będzie dalej podążał tą ścieżką, którą wydaje się iść. To stało się takie uciążliwe, że jedynym powodem, dla którego wytrwale próbuję znaleźć jakiś sposób, aby się z nim skontaktować, jest to, że wiem, jak głęboko zmartwiłby się twój ojciec, gdyby wiedział, że to się dzieje. Zdaję sobie sprawę, że również próbujesz się z nim skontaktować, ale zdecydowanie sugeruję, żebyś się bardziej postarała”.

Jego głos się zmienił, stał się mniej zły i bardziej groźny.

„Jestem gotów oddać to do sądu, Justice. Porozmawiaj ze swoim bratem. Odsuń go od tej kobiety i znajdź jakiś sposób, żeby się z nim skontaktować. Nie muszę ci mówić, że konsekwencje będą straszne, jeśli ty i ja nie odniesiemy sukcesu”.

Zacisnęłam usta, zwinęłam je i zajęłam się SMS’em, znajdując ciąg Mr T.

Następnie wpisałam Odebrałam twoją pocztę głosową i nadal robię, co w mojej mocy. Dokonałam dzisiaj transakcji, panie T, więc piję uroczystego drinka. Wypiję za ciebie łyk. Więcej jak najszybciej. Pokój i miłość…

Nacisnęłam „Wyślij” i wpatrywałam się w „Mr T”, walcząc z uśmiechem.

Łysiejący, zgarbiony siedemdziesięciotrzyletni starszy sierżant mojego taty (dosłownie, był byłym żołnierzem piechoty morskiej) wcale nie wyglądał jak słynny Mr T. Nazwałam go krótko Mr T (i to zostało przyjęte przez wszystkich), nie dla żartu (i tak by tego nie zrozumiał, prawdopodobnie nie miał najmniejszego pojęcia, kim był słynny Mr T), ale dlatego, że nazywał się William Thurston i nazywanie go panem Thurstonem było długim tytułem.

I nie było mowy, żebym nazywała go William, Will czy Bill (tak nazywał go mój dziadek). Nie był takim facetem.

Był facetem, który oczekiwał Mistera.

Nawet od mojego ojca, który mu to dawał.

Chociaż nie był podobny do innych Mr T, mój Mr T był zadziorny, twardy jak paznokcie, niecierpliwy, zwięzły, miał wykrywacz ściemy, który przewyższał wszystkie wykrywacze ściemy i nigdy nie zademonstrował, że potrafi być miękki, ani nawet udawał, że był, nawet gdy osobiście wręczał mi prezenty urodzinowe.

Ale był lojalny do granic możliwości.

Tata po części był tym, kim był z powodu pana Thurstona.

Tak samo (częściowo) był dziadek.

Tak i (częściowo) byłam ja.

I nie było niespodzianką nawet teraz pan Thurston był psem gończym z gównem, które ciągnął mój brat Maverick.

Nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że Mr T miał rację, tata by chciał, żebym to zrobiła, przeszłam do moich kontaktów i zadzwoniłam do mojego przyrodniego brata.

Zadzwoniło pół tuzina razy, zanim usłyszałam - „Tu Mav. Jeśli mi się podobasz zostaw wiadomość. Jeśli jesteś suką moją siostrą, która dzwoni, żeby dać mi więcej gówna, idź się pieprzyć. A jeśli jesteś tą chciwą, lubiącą złoto cipą, która oszukała mojego ojca, żeby się z nią ożenił, zjedz gówno i umrzyj”.

To było nowe.

I nowe zejście do znacznie głębszego poziomu dupka.

Aby nie stracić pieprzonego rozumu, wzięłam bardzo głęboki oddech, czekając na sygnał dźwiękowy.

Wciąż byłam bliska utraty rozumu, ale wystarczyło mi sił, by trzymać to w szachu, bym mogła powiedzieć - „Mav, stary, naprawdę nisko. Jesteś lepszy i wiem o tym. Tata o tym wiedział. Nie jestem pewna, dlaczego masz ochotę udowodnić nam, że się myliliśmy. Ale to nie ma znaczenia. Liczy się to, że wyciągasz głowę z dupy, ponieważ to gówno poszło na południe i nie chcesz, żeby poszło bardziej na południe. Jeśli pójdzie, będziesz tak głęboko na Antarktydzie, że zamarzniesz na śmierć. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli, bo tata wyjaśnił, że wszystko jest jasne i niewzruszone. Nie spieprz, bracie. Nie chcę tego dla ciebie. Nawiasem mówiąc, Dana też nie, więc przestań być z nią takim dupkiem”.

Nacisnęłam przycisk, aby się rozłączyć, myśląc, że prawdopodobnie mogłabym sformułować to lepiej, ale, tak jak Mr T, zaczynałam się tym przejmować.

Skoro dotarłam do tego baru, nadszedł czas na drinka.

Po tym wszystkim przyszedł czas na drinka.

Moje drzwi zaskrzeczały w proteście, gdy je pchnęłam i zrobiły to samo po tym, jak zeskoczyłam i zamykałam je. Były tak głośne, że zapisałam sobie w myślach wycieczkę dokądś w tym małym mieszku, żeby znaleźć jakiś WD-40, żeby to naprawić. I były też tak głośne, że prawie nie usłyszałam sygnału dźwiękowego mojego telefonu z SMS’em.

Kiedy podeszłam do frontowych drzwi baru, spojrzałam na niego, aby zobaczyć, że pochodzi od Mr T.

Ciesz się drinkiem, ale bądź bezpieczna i mądra. Gratuluję nowego domu.

Zastanawiałam się, czy paliły go palce, gdy musiał wpisywać słowo „gratulacje”.

W ten sposób miałam mały uśmiech na twarzy, gdy pchnęłam drzwi do baru i weszłam.

Nie miał dużo okien i nie było dużo światła. Na zewnątrz było słonecznie, więc zajęło mi kilka uderzeń serca, aby moje oczy się przyzwyczaiły.

A kiedy to zrobiły, znieruchomiałam całkowicie.

To dlatego, że na końcu baru, który był najdalej od drzwi, obok starszego faceta w czapce baseballowej, który siedział na stołku, był Deke.

Deke.

Deke z baru motocyklowego w szczerym polu w Wyoming, który zaprosił mnie na przejażdżkę i nigdy się nie pojawił. Deke, który był teraz w barze dla motocyklistów w szczerym polu w Kolorado, wyglądał na nie mniej żywego, witalnego i niesamowitego, rozmawiając ze starszym facetem w czapce, który siedział na stołku.

Deke, który sprawił, że pomyślałam podczas rozmowy, która mogła trwać około dziesięciu minut (prawie tyle), że z tym wszystkim, co miałam, mogłam mieć więcej. Przejść do ważnej części. Znaleźć wreszcie powód, dla którego zostałam umieszczona na tej planecie. Coś, co już od trzydziestu czterech lat mi umykało.

Deke, który nawet nie wiedział, kim jestem i co to znaczyło, ale nadal odwrócił się plecami, odszedł i nigdy nie wrócił po więcej.

Siedem lat, dziesięć minut i poznałam go na pierwszy rzut oka.

Siedem lat, dziesięć minut, a w tym momencie byłam do niego tak bardzo przyciągana, że powstrzymanie mojego ciała przed kołysaniem się w jego kierunku wymagało wysiłku fizycznego.

Deke, teraz oparty przedramieniem w bar, z torsem zwróconym bokiem, stopami w butach motocyklowych skrzyżowanymi w kostkach, profilem bez wyrazu (z tego, co widziałam), wyraźnie nie poruszył się nawet, by okazać zainteresowanie przypadkową osobą, która właśnie weszła do baru. Zdecydowanie nie wyczuwał, że ta przypadkowa osoba to jego bratnia dusza, zagubiona w Wyoming, odnaleziona w Kolorado siedem lat później, nie odwracał się do mnie i nie pędził, zmiatając mnie z nóg, błagając o przebaczenie, a następnie dając mi nowy świat.

Świat, w którym miałam być.

„Yo! Wolny ludu! Mamy politykę pokaż-się-w-barze, posadź-dupę, kup-pieprzonego-drinka. A nie stoisz-za-drzwiami i-gapisz-się na-męską- dupę”.

Poczułam, jak moje ciało podskoczyło, podobnie jak moje oczy na drobną kobietę za barem, która miała hebanowe włosy, długie, końce wykręcone w stylu, który krzyczał jak z plakatu z lat 70, a ich końce płonęły czerwienią.

Ona też patrzyła na mnie.

Niewiarygodnie (bo nie pamiętałam, kiedy to się ostatnio wydarzyło), walczyłam z gorącem na policzkach. W tym samym czasie walczyłam z chęcią odwrócenia się i ucieczki (i to nie tylko dlatego, że byłam zawstydzona, ale także dlatego, że jasne było, że barmani w tym barze są fajni, będąc niesamowicie niegrzecznymi), gdy zmusiłam się do przejścia do jej. I kiedy to zrobiłam, zmusiłam się, by najpierw spojrzeć w lewo, aby zobaczyć motocyklistów i innych klientów wiszących przy stołach i grających w bilard, zanim spojrzałam w prawo.

Właściwy ruch obejmował zobaczenie, jak Deke zwrócił się do mnie. Jego oczy schodziły w dół mojego ciała, a kiedy szłam, dotarły na dół i wróciły na górę.

Spojrzał na moją twarz.

Potem zwrócił się do faceta w czapce.

Mój żołądek zatonął i nie po raz pierwszy przeklęłam duszę poety, którą dał mi ojciec, bo nie lubiłam tego uczucia, kiedy ten facet, który mnie pociągał, nie był mną zainteresowany.

Dla poety coś takiego z takim mężczyzną oznaczało koniec świata.

Wyglądałam inaczej, to była prawda. Nie chodziło tylko o to, że minęło siedem lat (choć tak było). W tamtym czasie korzystałam z różnych opcji mody, zanim zdecydowałam się na tę, która mi się podobała (albo powinnam powiedzieć, że moja mama i ja zdecydowałyśmy się na to, ponieważ Joss była moją stylistką i to nie tylko dlatego, że była moją mamą która naturalnie miałaby wkład w tego typu sprawy, ale ponieważ była moją stylistką).

Teraz mój wygląd nie przypominał wersji mnie: minispódniczka, podkoszulka na ramiączkach, rozczochrane włosy, podrywaczka rockowo/bikersowa, którą poznał Deke.

Oznaczało to, że miałam na sobie długą, zwiewną, wsuwaną sukienkę ozdobioną matowymi złotymi cekinami w zygzaki i diamenty, z plecami sięgającymi mi do talii, podtrzymywaną na ramionach podwójnymi paskami z każdej strony, które się krzyżowały. Tył sukienki był jednak gorący, a przód dawał niesamowity dekolt.

Moje ciemnobrązowe włosy były w większości rozpuszczone, niektóre z ich grubych loków były luźne i zwisały do pasa, inne splecione w warkocze, góra z przodu była niechlujnie skręcona do tyłu od czoła.

Miałam na sobie mnóstwo biżuterii, głównie naszyjniki, bransoletki na nadgarstku, kolczyki w pięciu otworach w małżowinie każdego ucha, a także brzęczącą bransoletkę na kostce.

Wreszcie na nogach płaskie sandały gladiatorki.

Dziewczyna z kalendarza z lat 70 miała rację.

Wyglądałam jak reklama odzieży Wolnych Ludzi.

I tak mi się podobało.

Więc wyglądałam inaczej siedem lat później.

Ale nadal bolało, że mnie nie pamiętał.

Dotarłam do środka baru, jedynego dostępnego miejsca ze stołkami, które było daleko od Deke’a i wślizgnęłam się na jeden. Upuściłam telefon i zamszową torbę z frędzlami na bar przede mną.

Kiedy to zrobiłam, byłam zaskoczona, widząc drobną dziewczynę z kalendarza z lat 70 z głośnymi, brudnymi ustami, stojącą przede mną w jej obcisłym podkoszulku Harley na dużych piersiach i dużym brzuchu w ciąży.

„Tak, jestem w ciąży” - oznajmiła nerwowo, a mój wzrok przesunął się z jej brzucha na jej oczy - „Lexie wyskakuje z dzieciaków tu, tam i wszędzie. Faye to robi. Emme zaszła, chociaż dotarłam tam przed nią. Bubba złapał bakcyla. Co miałam zrobić?” – zapytała wojowniczo poważnie i wyraźnie na mnie wkurzona, chociaż nie powiedziałam ani słowa - „Kocham tego faceta, a on rozpływa się jak cipka w chwili, gdy znajduje się w obecności niemowlęcia. Zapomnij o nim z maluchem, z którym naprawdę może się bawić. Przepada. Zawsze zgłaszamy się na ochotnika do opieki nad dzieckiem. Nastawał na mnie: „Proszę, moja chmurko. Błagam cię, Krys. Zróbmy dziecko”. Więc powiedz mi. Kocham go, co miałam zrobić?” - zażądała wiedzieć.

„Zaszłaś w ciążę” – domyśliłam się z wahaniem.

„Tak” - warknęła, pochylając się - „Dałam się zapłodnić. Jestem za stara, żeby nosić to ze sobą” - Okrążyła brzuch płaską dłonią w sposób, który znacznie różnił się od oszałamiająco szczerej, głębokiej i wkurzonej tyrady, którą do mnie celowała - „Rzygam rano, w południe i w nocy. Bolą mnie cycki. Boli mnie głowa. Moje stopy są spuchnięte. Muszę cały czas siusiu, a to obejmuje wstawanie z toalety po samym sikaniu. Musiałam kupić całą nową garderobę, której już nigdy nie będę nosiła, bo kiedy ten dzieciak się ze mnie wyślizgnie, wrócę tam i zawiążą mi rurki”.

Po obejrzeniu podkoszulki Harleya zastanawiałam się, z czego składała się jej stara garderoba, gdy zabrzmiał inny głos.

„Krys, nie. Kochanie, o czym ty mówisz?”

Mój zaskoczony wzrok przesunął się na mężczyznę, który nagle był obok.

Był tak duży jak Deke, nie tak solidny, trochę starszy, miał jasnobrązowe włosy, oczy dobrego chłopca, przez co wyglądał dużo bardziej jowialnie.

Okrążał drobną „Krys” obiema rękami od tyłu i wyginał się przy swoim wzroście do katastrofalnych poziomów, by wcisnąć twarz w jej szyję, obejmując dłonie po bokach jej wystającego brzucha.

Nawet z twarzą na jej szyi wciąż słyszałam, jak mówił - „Nie możemy mieć tylko jednego dziecka. Musi mieć brata lub siostrę. Co najmniej jedno”.

„Bubba, mam trzydzieści dziewięć lat” - warknęła kobieta w ciąży.

Bubba wyciągnął twarz z jej szyi, odchylił głowę do tyłu i z błyszczącymi oczami i starannie zaciśniętymi ustami mrugnął do mnie.

Nie miała trzydziestu dziewięciu lat.

Dałam mu rozciągnięte usta i wyraz twarzy „twoja-kobieta-przeraża mnie”.

Podniósł się, nie puścił swojej kobiety i wybuchnął śmiechem.

W tym momencie, niezwykle późno, zauważyłam, że główna rozrywka za barem nie była jedyną rozrywką za barem.

Był tam inny mężczyzna, wysoki, ciemnowłosy, brodaty, stojący bliżej miejsca, w którym byli Deke i facet w czapce, opierając swoje wąskie biodra w dżinsach o tył baru, uśmiechając się do pary przede mną z wyrazem twarzy, jakby obserwował walczące dwa kociaki.

Był niejasno znajomy.

Był też paląco gorący.

„Co pijesz, Cyganko?” - usłyszałam pytanie i oderwałam wzrok od przystojnego faceta, by spojrzeć na mężczyznę, który najwyraźniej był Bubbą z Bubba’s.

„Szampan” - odpowiedziałam, a na to kobieta zwana Krys z zakłopotaniem uniosła ręce.

„Szampan?” - zapytała i zrobiła krok w moją stronę, wyrywając ją z ramion swojego mężczyzny. Tym razem machnęła tylko jedną ręką wysoko, zanim ją upuściła i zapytała - „Dziewczyno, jak dla ciebie wygląda to miejsce? Chyba że tego nie poczułam, a cały bar został zabrany i przetransportowany na Manhattan, a Sarah Jessica Parker opuściła budynek, bo ta suka nigdy nie weszła na jednych ze swoich wysokich obcasów do tego budynku i nigdy tego nie zrobi”.

„Krys, mamy szampana” - odezwał się szorstki, głęboki głos z dołu baru.

Spojrzałam w tą stronę.

Do rozmowy włączał się wysoki, ciemny, gorący facet.

„Tak, ale nie mamy kieliszków” - odwróciła się do gorącego faceta i spojrzała na mnie - „I nie otwieram butelki szampana tylko po to, byś wypiła jeden kieliszek, nikt jej nie tknie przez następną noc, trzy, czy trzysta siedem, więc będę musiała wylać to gówno do zlewu i stracić pieniądze. Nie tracę pieniędzy. Chcesz szampana, pijesz go w zwykłym kieliszku i kupujesz całą cholerną butelkę”.

„Umowa stoi” - stwierdziłam.

„Wyjmę” - powiedział natychmiast Bubba.

Kobieta o imieniu Krys zmrużyła na mnie oczy, przeczesała moją głowę, włosy i górną część ciała, po czym zmrużyła oczy.

„Twój wygląd nie mówi szampan”.

„To dlatego, że zwykle mówi piwo lub Bourbon, ale mam coś do świętowania”.

„Kochanie, wojska są poza Wietnamem od dziesięcioleci” - strzeliła.

Postanowiłam nie wyjaśniać, że jej włosy mogą być innym aspektem tej dekady, ale coś mi mówią.

„Jest drażliwa, kiedy przez chwilę stoi na nogach” - ten szorstki, głęboki głos wrócił i spojrzałam w jego stronę, aby zobaczyć, że jest blisko i rzuca przede mną podkładkę pod piwo. Potem odwrócił się i chwycił często myty mleczny kieliszek, prawdopodobnie kupiony w dekadzie, która Krys i mnie inspirowała modą, z tyłu baru, odwrócił i postawił na podkładce.

„Tate, nie mów o mnie, jakby mnie tu nie było” - warknęła Krys.

Spojrzał na nią - „Krys, sprawiasz, że Twyla wygląda wręcz przyjaźnie”.

Jej usta zacisnęły się.

Przygotowałam się w tym samym czasie, zastanawiając się, kim jest Twyla i mając nadzieję, że nigdy jej nie spotkam.

Wyskoczył korek od szampana.

I z tym odwróceniem uwagi zrezygnowałam z walki, spojrzałam w prawo i zobaczyłam, że Deke wciąż jest na swoim miejscu na końcu baru, teraz z tyłem do mnie, zwracając uwagę nie na faceta w czapce, ale przez całą przestrzeń.

Spojrzałam, gdzie była skierowana jego uwaga, i zobaczyłam biker baby w minispódniczce pochyloną nad stołem bilardowym, gotową do strzału, celowo skierowaną tyłem w stronę Deke’a.

Boże, nie tylko mnie nie pamiętał, nie interesował się mną.

Boże.

„Zwykle pijesz piwo i Bourbon” - zaczął Bubba, a ja odwróciłam na niego wzrok.

Zauważyłam, że nalewał mi szampana.

Krys patrzyła w stronę Deke’a.

Mężczyzna o imieniu Tate przyglądał mi się.

Przełknęłam.

„Więc co jest z szampanem?” - Bubba skończył.

„Mniej więcej godzinę temu sfinalizowałam kupno domu” - podzieliłam się.

Krys zwróciła swoje spojrzenie z powrotem na mnie. Bubba uśmiechnął się szeroko. Tate wciąż mnie studiował.

„Cóż, cholera, kobieto, to święto. Witamy w sąsiedztwie!” - krzyknął Bubba, unosząc butelkę szampana w salucie, zanim postawił ją przy moim teraz napełnionym kieliszku.

„Jeśli chcesz, wszyscy możecie się do mnie dołączyć” - zaproponowałam, przechylając głowę w stronę butelki.

„Czy wyglądam, jakbym mogła wciągnąć kieliszek szampana?” - Krys warknęła.

„Nie. Chociaż zachowujesz się tak, jakbyś tego potrzebowała” - odcięłam się do zdławionego śmiechu Bubby i drgających warg Tate’a - „Ale ci tego nie proponowałam. Proponowałam to chłopakom”.

„Na służbie, kochanie. Ale dzięki za ofertę” - powiedział Bubba.

„Słodko, ale nie jestem typem pijącym szampana” - wtrącił Tate - „I popieram to, co powiedział Bubba. Witamy w sąsiedztwie”.

Skinęłam mu głową.

Rzuciwszy mi ostatnie spojrzenie, odszedł.

Spojrzałam z powrotem na Bubbę i Krys, którzy byli teraz związani ramieniem Bubby wokół jej ramion.

„Więc, powiem tylko, że to dobre wieści” - zauważył Bubba - „Niewiele osób się tu przeprowadzało przez ostatnie kilka lat. Dużo ludzi się wyprowadza, niewiele się przeprowadza. Miło mieć świeżą twarz”.

„I nowy tyłek do siedzenia na stołku” - wtrąciła Krys - „Ten szalony drwal w Gnaw Bone, wynajmowanie płatnych, porywanie ludzi i strzelanie do ludzi. Dalton, nasz osobisty seryjny morderca. Fuller i jego świńscy gliniarze trzymający wszystkich pod w szachu, wrabiający Ty’a w morderstwo, ekstradujący jego tyłek do LA, żeby gnił w więzieniu przez pięć lat”.

Szybko zamrugałam na wszystkie jej słowa, ale Krys tego nie zauważyła.

Nadal mówiła.

„Myśleliśmy, że uderzyło w nas wystarczająco ekstremalnie, by przetrwać całe życie, a potem mieliśmy tych szaleńców, którzy stracili swoje gówno, myśląc, że zostanie to ujawnione i pogrzebali Faye żywcem. Większa wariatka z kościoła przetrzymywała tych dwoje biednych dzieci jako zakładników w swojej piwnicy przez lata. A jakby to nie wystarczało, to przyszli ci pieprzeni, szaleni nauczyciele, którzy prali mózgi dzieciom, by rabowali domy. Przez to wszystko, co się działo, nikt nie chce być w pobliżu Carnal, Gnaw Bone lub Chantelle. To pieprzony Trójkąt Bermudzki Gór Skalistych”.

Na szczęście przestałam mrugać, ale wiedziałam, że mam otwarte usta, po prostu nie miałam w sobie siły, żeby je zamknąć.

Agentka nieruchomości Joni nie podzieliła się ze mną niczym.

Ten dom nie sprzedał się przez dziesięć miesięcy, bo jego cena była zawyżona a on był niekompletny.

Seryjni mordercy? Wynajęci płatni zabójcy? Dzieci po praniu mózgu?

Kobieta pogrzebana żywcem?

Co do cholery?

Przynajmniej przypomniało mi to, skąd znałam tego faceta Tate’a. Był w wiadomościach o tym seryjnym mordercy.

Po prostu nie pamiętałam, że wszystko wydarzyło się w Carnal.

Do teraz.

„Nie martw się, dziewczyno” - powiedział Bubba, pochylając się do mnie z Krys - „Minął co najmniej rok, odkąd zdarzyło się takie gówno”.

Wolałabym, żeby minęły dwa lata. Lepiej trzy. Jeszcze lepiej, dwadzieścia.

„Jestem Bubba” – stwierdził, szarpiąc bufiastą dłonią w moją stronę.

Wzięłam ją, potrząsnęłam i puściłam.

„Oto Krystal, stali bywalcy nazywają ją Krys” – ciągnął Bubba.

„A będziesz stałą, chyba że chcesz jechać dwadzieścia mil do Gnaw Bone, jedyne miejsce na piwo i bourbon jest w Bubba’s. Rozumiesz?” - Krys podzieliła się jej zaproszeniem w sposób, który był bardziej rozkazem, abym była klientką.

Kiwnęłam głową, bo była to jedyna rzecz, którą uważałam za rozsądną.

„Ten mężczyzna, co dał ci kieliszek, to Tate Jackson” - Bubba szarpnął głową w kierunku Tate’a (i Deke’a) - „W tamtym końcu baru, zawsze znajdziesz towarzystwo Jima-Billy’ego. Jak duch go porusza, znajdziesz tam także Deke’a”.

Powstrzymałam wdech.

„Z przyjemnością przedstawię cię” - zaproponował Bubba.

Nie chciałam, żeby mnie przedstawiał, ponieważ ta runda przedstawień obejmowałaby Deke’a.

„Przyjmę tę ofertę” - powiedziałam, owijając dłoń wokół kieliszka i podnosząc go - „Po tym, jak trochę tego we mnie wleję”.

„Masz to, kochanie” - odpowiedział Bubba z uśmiechem, ścisnął Krystal i ruszył w dół baru.

Krystal wpatrywała się we mnie.

„Nie powiedziałaś swojego imienia” - zauważyła.

Zastanawiałam się, czy zrozumiała, kim jestem, po sposobie, w jaki teraz na mnie patrzyła. Niektórzy to robili. Większość ludzi na szczęście tego nie zrobiła.

„Jus[1]…” - przerwałam.

„Jus?” - zapytała, kiedy nie kontynuowałam.

Kiwnęłam głową, ponieważ to była prawda. Wielu ludzi skróciło moje imię do Jus, a przyjaciele i rodzina nazywali mnie Jussy.

„Tak” - stwierdziła, jakby chciała, żeby to zostało potwierdzone.

„To skrót od czegoś, przezwisko. Wolę to” - To ostatnie było kłamstwem.

Ale nowy dom, nowe miasto, nowy bar, nowe życie.

A gdyby znali moje prawdziwe imię, połączyliby dwa i dwa o wiele szybciej. Będzie wystarczająco dużo czasu, żeby to wyszło.

Teraz po prostu nie był ten czas.

Teraz był czas, żebym była po prostu Jus.

A poza tym, jeśli wspomnieliby o mnie Deke’owi, mógłby mnie sobie przypomnieć (może).

Już tego nie chciałam. Chciałam iść swoją drogą i zrobić co w mojej mocy, żeby w ogóle nie spotykać Deke’a.

Chciałam poznać starszego faceta w czapce z daszkiem. A Krystal i Bubba byli naprawdę szaleni, ale ja znałam bardziej szalonych i przynajmniej nie byli nudni, a Bubba był bardzo przyjacielski. Nie wspominając, że nie kręcił się długo, ale Tate wydawał się być dobrym facetem. Był dziwnie czujny, ale kiedy wpadałeś na seryjnego mordercę, który pracował w twoim barze, pomyślałam, że to gówno się wydarzyło.

I kupiłam dom. Nadszedł czas, aby znaleźć mój spokój, moją prywatność, moje miejsce, moje mniej to więcej niż potrzebowałam.

Ale w tym mniej znaczy więcej, potrzebowałam ludzi. Każdy potrzebował przynajmniej kilku osób, a ja byłam częściowo każdym.

A ci ludzie mieszkali w moim spokoju, moim miejscu, w moim mniej to więcej.

Więc wzięłam ich.

 



[1] Jus (just) - po polsku znaczy tylko lub po prostu

7 komentarzy:

  1. Fajnie, że Krisyal jest w ciąży 😁 Bubba tatusiem 😁🤗

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale super rozdział :)
    Wiadomośc glosowa brata boska hahahha teraz tylko pozostaje poznać tego brata :)
    Krys jak zawsze jest sobą i też jej tekst powitalny mega. Cała ona,
    CZekam na kolejny na bank cudowny rozdział.

    OdpowiedzUsuń